Sixers – Grizzlies (OT) 106:112

Wyjazdowa potyczka w Memphis z miejscowymi Grizzlies wobec fenomenalnej dyspozycji Embiida i powrotu do dobrej dyspozycji Dario Sarica miała zakończyć się pewnym zwycięstwem, jednak jak realia pokazują zawodnik NBA to nie cyborg, a wymiany pomiędzy klubami spadają czasem jak grom z jasnego nieba.

Dzień wcześniej po morderczym boju Philadelphia wygrała po dogrywce z Charlotte Hornets, dzisiaj podejmowali w wyjazdowym pojedynku Memphis Grizzlies, drużynę solidną, zdyscyplinowaną i niewątpliwie groźną, ale w mojej ocenie to półka niżej niż Sixers. Pomiędzy meczami doszło do wymiany pomiędzy Minnesotą a Philadelphią, w wyniku której do Mineapolis pojechali Covington, Saric i Bayless, natomiast do Sixers jeszcze nie dojechali Butler i Patton. W wyniku takiego nieoczekiwanego obrotu spraw oraz kontuzji Mikea Muscali i nieobecności Chandlera z uwagi na zakaz gry w meczach B2B na ławce Szóstek zasiedli TJ McConnel, Furkan Korkmaz , Jonah Bolden i Amir Johnson.

Wygrana zdziesiątkowanych Sixers nie była już dla mnie taka pewna. Jednak przez pierwszą połowę mecz przebiegał pod ich dyktando. JJ przypomniał, że jest rasowym snajperem i trafił swoich pierwszych pięć rzutów, Simmons odważnie atakował obręcz, a o swoich ponadprzeciętnych umiejętnościach strzeleckich przypomniał Korkmaz trafiając dwie trójki, a całą ofensywą dowodzili na zmianę Simmons z McConnelem. Embiid natomiast nie grał tego do czego nas zdążył już przyzwyczaić w tym sezonie i ewidentnie widać było po nim zmęczenie po ostatnim długim pojedynku gdzie grał przez niemal 40 minut na wysokiej intensywności. Ostatecznie wynik po pierwszej połowie to 63:50 na korzyść Sixers.

W drugiej połowie role się odwróciły, to Grizzlies grali agresywnie, zespołowo i skutecznie, a prym wśród nich wiódł Mike Conley. Trafiali również Temple, Gasol, a Mack odważnie atakował kosz. Na 4:38 do końca trzeciej kwarty po dwójkowej akcji Gasola i Conleya i serii 24:8 dla gospodarzy, zawodnicy Memphis wyszli na prowadzenie 72:71 i od tego momentu żadna z drużyn nie była w stanie uciec rywalowi na bezpieczny dystans.

Końcówka meczu to piękne podanie TJ’a do Embiida, który zdobył łatwe punkty i ustanowił wynik na 102-99 dla Szóstek oraz trójka na remis i dogrywkę Garreta Temple.

Dogrywka to już festiwal strat i pokaz bezradności wobec dobrze grających Grizzles. Jedynie TJ McConnell robił co mógł, ale Sixers już zwyczajnie brakowało tlenu i nie udało się wywieźć z Memphis wygranej.

Statystycznie mecz w wykonaniu naszych graczy nie wyglądał źle – Reddick 20 pkt (8/12), Simmons 18 pkt (9/15), 14 zb. oraz 5 as., Fultz 14 pkt (7/9) oraz 2 blk., Korkmaz 12 pkt, (4/8) oraz TJ 16 pkt. (7/8), oraz 7 as. – jednak w sytuacji kiedy Sixers potrzebowali zawiedli liderzy – Simmons popełnił ważne straty, które w mojej ocenie kosztowały nas wygraną, a Joel Embiid nie był sobą – nie potrafił odnaleźć się na parkiecie, nie trafiał nawet z łatwych pozycji, a w obronie jak nigdy spóźniony.

W drużynie przeciwnej swoje zrobili Conley zdobywca 32 pkt., Gasol 18 pkt i Temple 17pkt.

Sixers mecz przegrali przede wszystkim ze sobą odczuwając trudy ostatniego meczu z Hornets będąc jednocześnie ograniczonymi do rotacji 9 zawodnikami.

 

3 komentarze

  1. WojtekHandi pisze:

    szkoda bo mecz juz prawie mieli w kieszeni, wystarczylo zebrac pilke w obronie i by nie bylo trojki Temple’a. Joel w drugich spotkaniach back2back nie jest w stanie dominowac, on potrzebuje dnia przerwy aby robic 30/15

  2. Mess pisze:

    Wyglądaliśmy na mega zmęczonych. Embiidowi zabrakło paliwa, widać było, że mecz z Hornets kosztował go naprawdę dużo. Memphis grało dość prostą koszykówkę, wygrała drużyna z większą ilością sił. 42 minuty Shameta, który wyglądał bardzo źle przez całe spotkanie? Graliśmy tym co zostało po wymianie. Troszkę nie zawsze rozumiem filozofii Browna w stosunku do Fultza. Wszyscy widzimy, że Markelle w dalszym ciągu ma kłopoty, gdy rzuca wolne oczy krwawią, jednak są momenty w których wygląda naprawdę fajnie i wtedy zwykle po jednej, dwóch udanych akcjach ląduje na ławie. Jest to nagminne w tym sezonie. Fultz, trafia dwa rzuty z rzędu – wchodzi za niego TJ. Markelle za czasów gry w Waszyngtonie był często tak zwanym microvawe playerem – który po wykonaniu dwóch -trzech dobrych akcji łapał rytm i był nie do zatrzymania. Wczoraj naprawdę była okazja, aby dać mu więcej pograć, siedziało mu wszystko, szczególnie, że jak napisałem Shamet był bezużyteczny przez cały wieczór. Wiem, że granie jednocześnie Tjem, Benem i Kelle jest totalnie poronionym pomysłem, spacing jest wtedy zerowy a McConnell w ostatnich minutach naprawdę nieźle rozgrywał akcję, ale skoro stawiamy już na Fultza, dajemy mu się ogrywać to dlaczego nie dajemy mu dograć meczów w których prezentuje się naprawdę dobrze do końca, podczas gdy rookie mający bardzo zły mecz gra 42 minuty?

    • WojtekHandi pisze:

      popieram w 100%! dal swietna asyste do amira, gral na dobrej skutecznosci z penetracji i nagle lawa…rozumiem ze jak daje ciala to siedzi w drugiej polowie, jednak skoro gra dobrze to po co kombinowac? Nawet widac po nim ze co zlapie rytm to Brown go z niego wybija…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *