Niedoceniany fenomen Iversona

Wraz z wiadomością o oficjalnym przejściu na emeryturę Allena Iversona (który do dzisiaj nie wydał na ten temat oświadczenia) jak grzyby po deszczu pojawiły się wszędzie podsumowania jego kariery. Sezon letni w pełni, więc media poświęciły Iversonowi naprawdę dużo uwagi, nie wiadomo tylko czy dlatego, żeby nie wymyślać z braku innych wiadomości kolejnych list 50 najlepszych… cośtam, czy bardziej żeby uhonorować tego zawodnika. Raczej to drugie, bo wiadomość o końcu kariery Tracy’ego McGrady’ego przemknęła niemalże bez echa. Tak czy inaczej, wśród wielu pochlebnych i mniej pochlebnych, ale jedak wtórnych tekstów o Iversonie (bo wszystko o nim zostało już dawno napisane i wiele razy powtórzone, także na Sixers.pl) pojawił się jeden, który przypadł mi najbardziej do gustu. Poniżej tłumaczenie „Niedocenianego fenomenu” Shehana Peirisa zamieszczonego na „bleacher report”.

 

Allen IversonWielu zapamięta Allena Iversona jako jednego z przegranych. Fenomenalny talent, który zakończył karierę, bo nie myślał o przyszłości. Spuścizna po nim została popsuta poprzez nieumiejętność zmiany swojego stylu gry oraz markę zawodnika z przerośniętym ego, co było tak samo wspaniałe jak i frustrujące. Ale błagam, byście zapamiętali jego najlepsze strony. Jego problemem nie był brak poświęcenia ale fakt, że znał tylko jedną drogę do odniesienia zwycięstwa. Dlatego wygrał szacunek fanów koszykówki na całym świecie, którzy widzieli jego nieustępliwość.

Był ambasadorem tej gry, ale takim, którego nie akceptował David Stern. Ponieważ miał swoje problemy z ligą (kontrowersyjny album hip-hopowy czy obiekcje względem „dress code”), jego znaczenie dla NBA jest często pomijane.

Michael Jordan uczynił ten sport globalnym, ale przejście tej ligi od czasu zakończenia przez niego kariery po raz drugi do czasów obecnych było dla NBA przerażające.

Luka jaką pozostawił Jordan była ogromna, a sezon po jego odejściu, skrócony przez lock-out dawał wrażenie, że NBA nie będzie dalej rosło w siłę. Jego styl gry, dobry wygląd, charyzma sprawiały, że Jordan był prawdziwym „chłopakiem na plakat”, a jego odejście pozostawiło NBA bez oblicza.

Było wiele gwiazd ważnych dla reputacji NBA. Dzisiaj oni są u schyłków karier (Kobe Bryant, Tim Duncan, Kevin Garnett), albo już występują w telewizji (Shaq O’Neal, Reggie Miller, Chris Webber). Jedno nazwisko przedzierało się poprzez wszystkie inne – Allen Iverson. Jak na ironię to on był tym najbardziej odpowiedzialnym za utrzymanie ligi na powieszchni.

Miał ikoniczny styl gry, którego esensja może być tylko kopiowana, ale już nie opanowana przez kogoś innego. Był unikalny także poza parkietem – zawsze chętny do mówienia tego co myśli, wyrażania pełni uczuć, co dało nam wiele pamiętnych i barwnych wypowiedzi.

Jego umiejętności strzeleckie połączone z możliwością kładzenia rywali na parkiecie wzmagały tylko wyobraźnię. Obrońca o 180cm wzrostu i 75kg wagi nie powinien być nigdy w stanie tak nieubłaganie atakować obręcz i przetrwać fizyczne kary jakie za to dostawał, a jednak Iverson był w stanie robić to dalej i dalej.

Iverson reprezentował mniejszości. Gwiazda szkoły średniej w koszykówce i footballu, która pokonała nawet przeszkody prawne by dostać się na uniwersytet w Georgetown. Jego wypełniona nagrodami kariera uniwersytecka pozwoliła Philadelphii 76ers uczynić z niego najniższy pierwszy wybór draftu w historii.

Ale jego niski wzrost nie odzwierciedlał w żadnym stopniu ognia współzawodnictwa, jaki palił się w Iversonie. „Odpowiedzi” nigdy mu nie brakowało, jakość jego gry nigdy nie była wyższa niż w pierwszym meczu Finałów NBA 2001 roku.

Iverson był MVP ligi i zaprowadził Sixers do gry na najwyższym szczeblu z Los Angeles Lakers. Ta seria wystawiła AI przeciwko Shaquill’owi O’Nealowi i to był prawdziwe starcie Dawida z Goliatem.

Obrońcy tytułu dotarli do finałów zmiatając do zera Portland Trail Blazers, Sacramento Kings i rozstawionych z numerem pierwszym San Antonio Spurs. Z kolei Philadelphia 76ers dostała się tam po dwóch siedmiomeczowych seriach i nikt nie spodziewał się czegoś więcej niż szybkiej demolki w wykionaniu Lakers. Nikt, poza Allenem Iversonem.

Przebywał na parkiecie przez 52 minuty, rzucił 48 punktów przed publicznością w Staples Center, dodał 5 zbiórek, 6 asyst i 5 przechwytów. Jego heroizm doprowadził do dogrywki, co samo w sobie było szokujące. Ale to nie koniec. W niej zdobył 7 punktów z rzędu i dało Sixers prowadzenie na dobre.

To była jedyna porażka Lakers w całych play-offs, a jednocześnie ukoronowanie Allena Iversona. Tej nocy poniósł całą Philadelpię 76ers na swoich ramionach. Tej nocy był wszystkim tym, co powinien. Tej nocy był Mistrzem dla wszystkich kibiców. I tak powinien być zapamiętany.

1 komentarz

  1. Horuss napisał(a):

    Dobra, przyznaję bez bicia, trochę się wzruszyłem :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *