Trudne życie kibica NBA w Polsce

Poza USA kibice NBA borykają się z problemami, o jakich Amerykanie zapewne nie mają pojęcia. Jednym z nich jest bardzo późna pora emisji spotkań, które trzeba później odsypiać lub oglądać dzień po, starając się nie poznać wcześniej wyniku. Inną sprawą jest kwestia tego, komu tak naprawdę kibicować? Dla Amerykanów sprawa jest prosta. Urodziłeś się w Philly, to kibicujesz Sixers. Jesteś nowojorczykiem – wspierasz Knicks. Pochodzisz z L.A. to masz luksus wyboru pomiędzy Lakers i Clippers. W twoim mieście nie gra żaden zespół NBA? Wybierasz któryś z zespołów, jakie grają w Twoim stanie. W Kalifornii aż cztery ekipy do wyboru, w Teksasie trzy. Aż połowa z 50 stanów w USA nie posiada reprezentanta w NBA, ale zawsze można wybrać drużynę z najbliższego miasta, lub z tego, w którym się studiowało i chodziło na mecze. Ewentualnie ulubiony zespół dziedziczy się po rodzicach, zresztą z całą masą innych rzeczy.

 

Trudne życiowe wybory

W innych zakątkach świata, dajmy na to w Polsce, sprawa nie jest już taka łatwa. Z którego amerykańskiego miasta drużynę wybrać i wspierać? Przecież większość z nas w żadnym nawet nie była, żadnego nie nazwie domem. Żadnej drużyny nie widziała chociaż raz na żywo. A może raczej wybrać jednego zawodnika i kibicować mu przez całą karierę? Ale co później?

 

Samo oglądanie nie wystarczy?

Albo inaczej – może najlepiej po prostu oglądać najlepszą koszykarską ligę świata, wszystkie zespoły po równo w ramach możliwości i „kibicować” dobrej koszykówce samej w sobie? Bez faworytów. Przyznam, że nie znam kibica, kosza czy innej dyscypliny, który nie ma swoich ulubieńców. Wcześniej czy później budzi się w nas żyłka rywalizacji, potrzeba wspierania kogoś i należenia do większej grupy ludzi, którzy obrali sobie wspólny cel – w tym przypadku dobro ukochanej drużyny czy zawodnika. Jesteśmy tylko ludźmi i trudno oszukać nasze naturalne, zakodowane głęboko dążenia i potrzeby. Kibicowanie ma wyraźne podstawy w psychologii.

Z perspektywy psychologii społecznej kibicowanie ma charakter ludyczny, ale przede wszystkim to element naszego funkcjonowania w społeczeństwie (…) Jest też wyrazem spełnienia potrzeby przynależności do danej grupy, a taką potrzebę ma każdy z nas – przekonuje psycholog Karolina Dyrla – Mularczyk [1].

Kibicowanie jest przyjemne, pozytywnie wpływa na nastrój i tworzy niezapomniane wspomnienia, ale z medycznego punktu widzenia jest też korzystne dla naszego organizmu. Kondycji przed telewizorem nie poprawimy, ale regularny doping ulubionej drużyny NBA będzie miał pozytywny wpływ na nasz układ krążenia i poziom testosteronu [2]. Pamiętam, że po najlepszych meczach często miałem ochotę wyjść na zewnątrz i chociażby porzucać do kosza, chociaż za oknem już świtało. Jestem pewien, że to uczucie jest wam dobrze znane (ale pewnie wcześniej wszyscy decydowaliśmy się na krótką drzemkę). Nic dziwnego, ponieważ istnieją badania potwierdzające wpływ oglądania sportu przed telewizorem na skuteczną mobilizację do podjęcia aktywności fizycznej. Trudno sobie to wszystko wyobrazić, jeśli ogląda się koszykówkę dla samej koszykówki, bez emocji związanych z kibicowaniem którejś ze stron.

 

Jak chorągiewka na wietrze

Skoro trzeba komuś kibicować, to wróćmy teraz do źródła, czyli problemu z wyborem ukochanej drużyny. Jak już wspomniałem na początku tekstu, nic nas historycznie czy emocjonalnie nie wiąże z drużynami z miast oddalonych na dziesiątki tysięcy kilometrów. Jeśli jednak masz z jakiegoś powodu na stałe ulubiony zespół, to dobrze. Jeśli kibicujesz różnym, to szybko doświadczysz podziału, jaki od zawsze istnieje wśród polskich (albo może ogólnie nie amerykańskich?) kibiców. Podział na lepszych i gorszych. Lepsi oczywiście są ze „swoją” drużyną na dobre i na złe, na całe życie. Gorszy sort to tzw. „sezonowcy”, którzy nieustannie zmieniają ulubione zespoły, zazwyczaj kibicując zwycięzcom, stąd też porównanie do chorągiewki na wietrze. Ale czy częste zmienianie barw klubowych naprawdę takie złe i warte potępienia? No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Nieważne kiedy zaczęliśmy kibicować danej drużynie, na pewno taki zespół był wtedy już dobry, albo pozyskał właśnie gwiazdę, która zwiastowała duże sukcesy w najbliższej przyszłości. Nie oszukujmy się; nikt nie zaczyna nagle kibicować zespołowi szorującemu dno tabeli, jeśli nie widać perspektyw na szybką i wyraźną poprawę. Jeśli ulubiona drużyna jest dobra przez lata, łatwo być jej wiernym kibicem (jeśli jednak upada i długo się nie podnosi, zostaną przy niej tylko najbardziej fanatyczni, zdeterminowani kibice). Istnieje również spora grupa fanów, która dopinguje kilka zespołów naraz, głównie z powodu określonego stylu gry, który najbardziej przypadł im do gustu (ale ten może się bardzo szybko zmienić, ze zmianą trenera lub części składu).

W obu tych przypadkach warto zadać sobie pytania: czy łatwo i czy w ogóle rozsądnie jest kibicować latami zespołowi, który kiedyś się podobał, ale teraz zmienił swój styl gry i skład i po prostu nam „nie leży”? Albo zespołowi, który kiedyś był dobry, ale teraz tylko przegrywa w fatalnym stylu mecz za meczem? I wszystko to tylko z sentymentu, czy żeby uniknąć porównania do „chorągiewki na wietrze”? Odpowiedzcie sobie sami.

 

Być albo nie być (idolem), oto jest pytanie!

Wspomniałem też o kibicach wspierających dany zespół z powodu jednego tylko, grającego w nim zawodnika. Większość z najwytrwalszych, najdłuższych stażem fanów Sixers kibicuje im teraz z powodu Allena Iversona. Łatwo zrozumieć, że największe gwiazdy stają się idolami i przyciągają miliony za sprawą unikalnych boiskowych talentów lub określonych poza boiskowych atrybutów i cech charakteru, motywujących lub wzbudzających podziw wśród „zwykłych ludzi”. Ale tutaj też mogą pojawić się komplikacje.

Co jeśli taki zawodnik zaczyna grać w systemie dalekim od takiego, który w koszykówce nas pociąga? Co jeśli zostaje wytransferowany do klubu, którego z jakiś powodów szczerze nie lubimy? Jeśli z wiekiem traci na znaczeniu i staje się mało ważnym ogniwem swojego zespołu? Nagle woda sodowa uderza mu do głowy? Albo wreszcie co zrobić, jeśli w lidze pojawia się ktoś, kto wzbudza w nas większy podziw? Kibicujemy idolowi do końca, trochę sentymentalnie, trochę z przywiązania, ale wbrew sobie (nie chcemy przecież mieć opinii kogoś, kto przeskakuje z kwiatka na kwiatek!), czy jednak idziemy za głosem rozumu, które podpowiada zmianę idola, zmianę ulubionego zespołu? Chyba lepiej kibicować tym, których wspieranie sprawia nam przyjemność. Ale jeśli ulubieńców zmieniamy za często, lepiej przygotować się na drwiny ze strony „prawdziwych” kibiców…

 

Jeśli dziś wtorek, to kibicuję…

Ciekawą sytuację zaobserwowałem na jednym z polskich forów poświęconych koszykówce, kiedy Lebron James zdecydował się przenieść z Cleveland Cavaliers do LA Lakers. Wówczas jeden z forumowiczów zauważył, że popularny polski fanpage Cavaliers momentalnie zmienił nazwę i logo, stając się nagle fanpagem jedynie Jamesa. Drwiny z twórców tej strony były jednogłośne.

Jeśli sam tylko LBJ byłby moim idolem przez wiele lat, to osobiście nie poświęcałbym teraz dużo uwagi grającym o nic Cavs, nie mówiąc już o poświęconym wolnym czasie i wysiłku na prowadzenie ich witryny. Jeśli natomiast stworzył bym osobną stronę o Lakers, to przykleiła by się do mnie opinia „sezonowca”, który zaczął kibicować Lakers, jak tylko ci wychodzą z dołka. Tak źle i tak niedobrze. Nie znam autorów tej strony, nie bronię ich. To tylko przykład, których co roku mamy kilka. Bo niestety czasem łatwiej jest bezmyślnie krytykować i przypinać szydercze łatki innym, zamiast zastanowić się nad złożonością problemu i faktycznym sensem kibicowania w świetle zmieniających się warunków.

 

A tymczasem w Philadelphii…

Być może dziwi Was moje podejście do tematu. W końcu będąc fanem Sixers, zacząłem od kibicowania Iversonowi, poprzez wspieranie całych Sixers po jego odejściu, przetrwanie składów będących jednymi z najgorszych w historii NBA i wreszcie przebudowę, na której efekty trzeba było czekać cztery bardzo długie lata. Udało się jednak pozostać wiernym zespołowi, któremu kibicuję od dwóch dekad. Po finałach 2001 roku co sezon miałem nadzieję, że wreszcie uda się powtórzyć ten sukces. W ostatnich chudych latach fascynowało mnie oglądanie z bliska jednego z najbardziej ekstremalnych procesów przebudowy, jakie zna amerykański sport zawodowy. Interesowało mnie oglądanie zawodników wyciągniętych znikąd, którym dano często ostatnią szansę na uratowanie kariery, bo niezależnie od poziomu talentu, ich determinacja na parkiecie była budująca. Oglądałem kilkadziesiąt spotkań Sixers w sezonach, kiedy ogólnokrajowa telewizja w USA nie chciała pokazać ani jednego. Ostatecznie jakże emocjonujące było oglądanie narodzin przyszłych gwiazd – Joela Embiida i Bena Simmonsa!

Czy z tego powodu czuję się jakoś wyjątkowo? Czy rozpiera mnie duma, bo nie jestem „sezonowcem”? Nie całkiem. Oglądanie Sixers dalej sprawiało mi frajdę, ale tak naprawdę dopiero śledząc inne drużyny podczas play-offs i finałów, koszykarskie serce biło szybciej. Dopiero wtedy przypominałem sobie, dlaczego kocham koszykówkę i co w niej najpiękniejsze. Emocje podczas spotkań Sixers były zdecydowanie inne. Przyznam, że z Philadelphią zostałem, bo trudno przestać się nią interesować, kiedy tak długo prowadzi się ich stronę i kiedy tak bardzo zżyło się ze społecznością zgromadzonych wokół niej fanów. Oglądanie Sixers i czytanie o nich tylko po to, aby potem móc pisać na ich temat, stało się dla mnie tak powszechną rutyną, jak zjedzenie śniadania każdego poranka. Pojawił się nawyk niekontrolowanego zwracania uwagi, kiedy słyszy się gdzieś słowo „Philadelphia”, albo kiedy widzi się ten napis. Nawet jeśli to tylko serek w supermarkecie…

Nie, nie jestem jedyny. Statystyki Google Analitics oraz wyniki ankiety, którą niedawno przeprowadziliśmy na Sixers.pl jednoznacznie wskazują, że ponad 80% odwiedzających ten serwis jest z nami od wielu lat. Tylko 9-12% naszych gości zaczęła kibicować Sixers w ostatnich dwóch sezonach.

Wygrywanie równe wartościowe, co przegrywanie razem

Jak to możliwe, że wśród kibiców powstały dwa, tak odmienne podejścia? Jedni stawiają swój klub ponad wszystko, są gotowi wydawać fortuny na koszulki, gadżety czy bilety na mecze albo lotnicze, poświęcać tyle wolnego czasu? Inni nie mają problemów z częstą zmianą jednych idoli na drugich, regularnymi zmianami barw klubowych, albo kibicowaniem wielu różnym zespołom?

Zostało naukowo udowodnione, że sukcesy innych mają bezpośredni, pozytywny wpływ na naszą własną samoocenę (…) Kibice chętniej noszą koszulki swoich ulubionych zespołów po zwycięstwach, niż po porażkach. Częściej używają pierwszej osoby liczby mnogiej do opisywania zwycięstw (np. „nasza gra ofensywna była dzisiaj wspaniała…”), a trzeciej osoby liczby mnogiej do opisywania porażek (np. „oni nie potrafiliby zdobyć punktu, nawet jakby od tego zależało ich życie…”). Nasza potrzeba dowartościowania się sprawia, że szukamy związków ze zwycięzcami, nie tylko jeśli mowa o drużynach sportowych, ale także identyfikujemy się z innymi zjawiskami, od ulubionych twórców, aż po nacjonalizm” [3].

 

Z drugiej strony, istnieją jednak ważniejsze rzeczy, niż dowartościowywanie się na sukcesach, swoich lub innych:

Dla większości ludzi potrzeba przynależności jest częściej silniejsza niż pragnienie poczucia własnej wartości. Mówiąc najprościej, potrzeba więzi społecznej jest kluczową potrzebą ludzką, a jednym ze sposobów jej realizacji jest szukanie symbolicznej przynależności do różnych grup. Potrzeba ta może być tak silna, że wpływa na sposób postrzegania naszych interakcji z innymi [3].

 

Wszyscy jesteśmy kibicami koszykówki!

Chyba już czas skończyć z podziałami na lepszych i gorszych kibiców. Trudno uniknąć tutaj banalnego podsumowania, że w sporcie jak w życiu – każdy ma inne potrzeby, inne podejście, każdy szuka czegoś innego. Nieistotne, czy od lat kibicujemy jednemu klubowi, co roku zmieniamy ulubione drużyny, czy też podążamy za naszymi idolami. Wszyscy jesteśmy kibicami kosza, fanami NBA, więc doceniajmy to, co nas łączy, a nie naśmiewajmy się z dzielących nas różnic. Ostatecznie każdy nowy kibic, każda nowa strona czy profil na Facebooku o jakiejkolwiek z drużyn, pozytywnie wpływają na popularyzowanie NBA w Polsce. A to jest zawsze świetna wiadomość!

Mecze drużynowe są rodzajem współzawodnictwa, w którym zagwarantowana jest porażka jednej z drużyn. To oznacza, że połowa fanów nie będzie zadowolona z wyniku. W innych dziedzinach życia tego typu rozłożenie szans na wygraną często nie jest wystarczające, aby zainwestować swój czas. „Zaangażowanie w sport jest dobrowolne, chociaż wiadomo, że połowa ludzi nie będzie zadowolona z produktu po jego skonsumowaniu” – mówi profesor psychologii Daniel Wann, kontynuując: „Nie poszedłbyś do kina wiedząc, że masz tylko 50% szans na polubienie tego filmu”. Profesor Edward Hirt zajmujący się psychologią i badaniami nad ludzkim mózgiem dodaje: „Dlatego w byciu fanem nie chodzi tylko o zwycięstwo drużyny, bo każdy kiedyś ostatecznie przegra”. Wann twierdzi: „Kibice sportowi nauczyli sobie z tym radzić. Jeśli nie potrafiliby radzić sobie z porażkami, nie byliby kibicami żadnej dyscypliny sportowej” [4].

 

Bibliografia:

[1] Zdrowie.enel.pl
[2] Portal ABC Zdrowie
[3] Psychologytoday.com
[4] Psychologicalscience.org

6 komentarzy

  1. Sixersfan napisał(a):

    Fajna analiza. Co więcej trafna. Jednak nikt nie przekona mnie do bycia sezonowcem. Trzeba mieć jakies wartości i zasady, zeby być wiernym jednej drużynie na dobre i na złe. Kibicowanie tylko wygrywającym jest łatwe i przyjemnie. Jakby to wdyglądało gdyby takie zachowania przenieść do życia zawodowego, rodzinnego etc. Sezonowiec czy chorągiewka to najdelikatniejsze okreslenie. Kibicujemy akurat tej drużynie a nie innej ( nawet kiedy ta przegrywa mecz za meczem) bo potrafimy budować trwałe więzi. Faktem jest, że do pełnej fascynacji sportem kibicowanie jest potrzebne. Kiedy sixers odpadli po serii z Bostonem, a PO trwały dalej zacząłem dopingowac po raz pierwszy w życiu LBJ i Cavs. Dlaczego i dlaczego oni akurat pomoimo, że nigdy nie byłem fanem LeBronna?? Sport to emocje. Jeżeli nie budzi emocji to rywalizacja staje się jałowa ( ilu z was naprawde ekscytuje sie All Star Game, gdzie mecz to zabawa bez walki i zaangsżowania), więc potrzebujemy kogos do wspierania aby rywalizacja budziła w nas emocje. Dlaczego Cavs?? Patrząc na to co grali Cavs i co gra LBJ nie mogłem.oprzeć się wrażeniu, że patrzę na Iversona z 2001 roku, który w podobnym.stylu przeprowadził Sixers przez mordercze PO prosto do finałów, gdzie przegrał z drużyną nie do pokonania.

    • Monty napisał(a):

      Lojalność, ale nie za wszelką cenę.
      Ja nawet lubię LBJ od dłuższego czasu, ale podczas ostatnich finałów kibicowałem mu jak nigdy z tych samych powodów, bo Cavs przypominali mi Sixers z 2001 roku. Niestety skończyło się tak samo…

  2. sznida napisał(a):

    A ja dodam coś od siebie. myślę, że spory wpływ na kibicowanie ma to co się dzieje w pierwszych chwilach zainteresowania danym sportem. Oczywiście gwiazda w drużynie, czy sukcesy sprawiają, że o danej ekipie mówi się częściej i więcej, przez co osoba dopiero zaczynająca jest kierowana w jakąś stronę, jednak niekoniecznie musi tak być. W piłce nożnej poza lokalną drużyną kibicuję też Bayernowi Monachium, bo kiedyś za dzieciaka, kiedy nie miałem nawet najmniejszego pojęcia o piłce, grałem w Fifę z bratem i losowo wybrałem właśnie Bayern. Nie wiedziałem, czy to jest dobra drużyna, czy ma sukcesy, ale nagle stałem się ich kibicem i trwa to do dzisiaj. Nie zraziłem się nawet kiedy mieli kilka gorszych sezonów akurat krótko po tym jak zacząłem im kibicować. Z sixers mam jeszcze prostszą przygodę. Po erze Jordana zaprzestałem całkowicie interesować się koszykówką, wręcz nawet nie lubiłem tego sportu. Aż pewnego razu w szkole był turniej klas m.in. w koszykówce, jako najwyższy w klasie, nie miałem wyboru i musiałem grać. Zaczęło mi się to coraz bardziej podobać, wróciła dziecięca miłość do koszykówki. Skoro zacząłem lubić ten sport ponownie, to też trzeba było zacząć komuś kibicować, wypadło na sixers, bo uwaga, miałem zeszyt z Iversonem ;) jednak równie dobrze mogło wypaść na Bucks, Mavs albo Memphis, z logo których też miałem zeszyty. Z poprzednich lat natomiast pamiętałem Jazz i Seattle Supersonics, których nazwa mi się podobała i Hornets, których miałem ręcznik w dzieciństwie i ten szerszeń utkwił mi w pamięci, jednak wtedy Hornets nie istnieli. Nie miałem kompletnie pojęcia kto jest dobry, a kto nie, a jednak wybrałem sixers, ale gdyby nie ten zeszyt, to wybór pewnie byłby inny

    • Monty napisał(a):

      Koszulki, czapeczki i tego typu rzeczy na pewno pomagają, w końcu takie też jest zadanie tych wszystkich gadżetów. Pamiętam ile fanów mieli Charlotte Hornets kiedyś w Polsce i na pewno miało to związek z tym, że w obiegu były świetne czapeczki z ich logiem. Poza nimi i Bulls chyba żadnych innych nie było…

      • sznida napisał(a):

        W sumie to chyba też miałem ich czapkę, ale w pamięci utkwił mi głównie ręcznik z ich logo. Zapewne gdyby klub istniał kiedy moje zainteresowanie koszykówką powracało, to teraz bym im kibicował. Choć po reaktywacji i powrocie do swojej nazwy jest to jedna z moich ulubionych ekip w lidze

      • Mansky napisał(a):

        @Monty

        O jednym zapomniałeś. Słynne fioletowe czapeczki Raptors z kozłującym piłę dinozaurem! ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *