Wywiad z Wojciechem Michałowiczem

Wywiad przeprowadzony przeze mnie i opublikowany na Sixers.pl pierwotnie 2 maja 2007 roku. Przypominam go w ramach serii „Powrót do przeszłości”, abyście mieli dostęp do najlepszych i najciekawszych tekstów z historii tego serwisu.

Wojciech Michałowicz, dziennikarz Canal+. Ukończył AWF ze specjalizacją koszykarską oraz równolegle Uniwersytet Warszawski na kierunku dziennikarskim. Po studiach rozpoczął praktykę w telewizji. Po 20 latach pracy w zawodzie dziennikarza ma na koncie między innymi 8-letnią współpracę z „Gazetą Wyborczą” oraz takimi czasopismami jak: „Sztandar Młodych”, „Przegląd Sportowy”, „Sport katowicki”, „Sport Review”, „Mecz”, „Basket”, „Piłka Nożna +” oraz wieloma, wieloma innymi. Od blisko 16 lat zajmuje się komentowaniem spotkań w telewizji. Dzisiaj każdy kibic kojarzy jego głos ze stacji Canal+ Sport, dla której realizuje mecze NBA, NFL oraz Euroligę. Zapraszamy do lektury wywiadu, który Pan Wojciech zgodził się udzielić specjalnie dla serwisu Sixers.pl.

 

Już od ponad 10 lat komentuje Pan mecze NBA. Jak to wszystko się zaczęło?

Zaczęło się to bardzo dawno, ponad 20 lat temu. Byłem wtedy młodym, początkującym dziennikarzem w „Przeglądzie Sportowym” i napisałem artykuł o finale 1987 roku, to był pamiętny finał Lakers – Celtics, porywająca rywalizacja, siedem meczów chyba, czy sześć. Pisałem, gdzieś tam dorywając się do kaset wtedy dochodzących do wąskiego grona osób. Artykuł czekał od czerwca i ukazał się dopiero we wrześniu, na dzisiejsze miary nie do pomyślenia.

Czy łatwo było otrzymać pracę w telewizji? Pamięta Pan swój debiut? Jak duży stres temu towarzyszył? 

To też była dosyć odległa historia, jakby spojrzeć z perspektywy czasu. W ogóle po raz pierwszy w telewizji, jedynej wtedy, na Woronicza, pojawiłem się podczas studiów dziennikarskich. To był bodaj rok 1987, tam jako praktykant robiłem różne drobne rzeczy. Natomiast w roku 1989 dostałem propozycję od Włodka Szaranowicza i pamiętam, że razem komentowaliśmy finały 1990, czyli Detroit Pistons – Portland Trail Blazers. Ale to był też paradoks, że te finały wcale nie robiliśmy w czerwcu, tylko robiliśmy jako prezent na Święta Bożego Narodzenia w 1990 roku, czyli w grudniu.

I ten właśnie moment może Pan zaliczyć jako początki kariery, jako samodzielny start?

W zasadzie tak, bo to było pierwsze komentowanie meczów NBA. To wyglądało wtedy zupełnie inaczej, bo komentowało się ileś tam miesięcy po. Trudno nawet porównać do chwili obecnej, kiedy mamy do tego powszechny dostęp. Wtedy to było właściwie absolutne święto, jak ktoś widział jakiś fragment spotkania, czy nawet gdy jakieś kasety docierały z odległych lat czy sezonów. Pamiętam wielkim problemem było na przykład przegrywanie z taśm NTSC na kasety PAL, jakie były w Europie. Jedyne takie miejsce też było bodaj na Woronicza, to się odbywało takim trochę, że tak powiem, sposobem nieoficjalnym. Także naprawdę trudno porównać.

Dzisiaj już chyba lata świetlne od tego czasu minęły?

Tak, no właśnie. Ale to dobrze, to dobrze, no bo w końcu ten świat jest otwarty, na wszystko.

Obecnie zajmuje się Pan już nie tylko NBA, ale również WNBA i NFL stając się powoli specjalistą od sportów amerykańskich, a do tego dochodzą jeszcze rozgrywki Euroligi. Komentowanie i oglądanie której z tych lig sprawia Panu największą przyjemność?

Każda ma swoją specyfikę. NFL wynikło w ogóle z tego, że jeździłem do Stanów i oglądałem mecze NBA i na przykład tuż obok hali New Jersey Nets jest stadion nowojorskich Giants. Miałem okazję być kiedyś na jednym meczu, do dzisiaj zresztą na jedynym meczu NFL na jakim byłem na żywo. No i od tego się zaczęło. Poza tym przebywałem w Stanach czy Kanadzie. Każde niedzielne popołudnie zaczynało się od oglądania trzech meczów NFL, to tak wyszło. Poza tym pracę w jednej ze stacji sportowych w Polsce dostałem wcale nie dlatego, że ktoś wiedział, że ja się interesuje koszykówką, tylko troszkę tak paradoksalnie, że zajmowałem się też hokejem NHL. A to z tego względu, że ta stacja nie miała wtedy praw do koszykówki i te prawa przyszły wtedy ze mną. A zaczęło się właśnie od tego, że zostałem wytypowany jako ktoś, kto potrafi sobie poradzić z meczami NHL.

Co do zaangażowania w każdą z tych dyscyplin, one są w pewnym sensie pokrewne. WNBA i NBA to wiadomo, że to jest jakby brat i siostra. Natomiast Euroliga – z satysfakcją to robię, bo od tego zaczęła się przygoda z wielką koszykówką. To był początek lat 90-tych, kiedy zacząłem jeździć na wszystkie imprezy europejskie, światowe, Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata i miałem okazję też bywać na Final Four jako jeden z pierwszych dziennikarzy, także dobrze, że to wszystko razem się zebrało w jednym miejscu i jednocześnie się uzupełnia. Euroliga to natomiast taka europejska NBA.

Dzisiaj chyba nawet mało kto pamięta, że komentował Pan mecze NHL.

Tak, jakieś mecze gwiazd pamiętam nawet robiliśmy. Ja wtedy jeszcze trochę jeździłem do Stanów, to też znałem i Mariusza Czerkawskiego i Krzyśka Oliwę, także na wielu meczach byłem. Edmonton, New York Islanders – byłem na bieżąco, a teraz troszkę też się od tego odeszło.

Czy dużo czasu zajmuje Panu przygotowanie się do komentowania pojedynczego spotkania?

To zależy. Ja raczej dużo czasu poświęcam na przygotowanie z tego względu, że jest takie pojęcie jak „etyka zawodowa”. Jestem po poważnych szkołach i uczelniach, bo to AWF i Uniwersytet Warszawski, gdzie studiowałem dziennikarstwo, więc mam takie nawyki przygotowywania się i czasami nawet niektórzy żartują, że właściwie mógłbym usiąść do kolejnego meczu i komentować z głowy, czyli niczego. Ale ja to lubię, ja to po prostu lubię i taka jest prawda.

Gdzie widzi Pan siebie za 10 lat? Ciągle w studiu komentatorskim?

(śmiech) No właśnie, to taki dylemat, bo czasami jest tak, że ja bardzo się widzę w roli kogoś, kto pomaga młodym ludziom w tej trudnej pracy. Bo to jest bardzo trudna praca dlatego, że można się zapuścić w populizm, w jakąś taką tandetę czasami, z tego względu, że i sensu, i możliwości komentowania meczów we wszystkich dyscyplinach jest więcej, a czasami trafiają tam ludzie mało przygotowani, albo w ogóle nie przygotowani, albo tacy, którzy po prostu nie mieli nawet okazji się przygotować. A zawsze tak było, przynajmniej ja się spotkałem z tym na mojej drodze, że zawsze był ktoś, kto gdzieś tam wskazał jakąś drogę, jakąś ścieżkę, coś pokazał, co należy robić. Nie wiem, może powinienem pójść w jakieś prezesury czy dyrektorstwo, ale na razie mnie to kompletnie nie interesuje. Po prostu to co robię przynosi mi mnóstwo satysfakcji i ciągle mnie niesamowicie kręci.

No właśnie, spotkałem Pana w październiku w Koln podczas NBA Europe Live Tour 2006. Z chęcią rozmawiał Pan z polskimi kibicami i było widać, że również emocjonuje się spotkaniem. Czy po tylu latach pracy wciąż sprawia to Panu taką przyjemność, a wyjazdy na mecze są wciąż tak samo emocjonujące?

Ja myślę, że nawet coraz bardziej, z tego względu że przez wiele lat nie było takiej możliwości, żeby te wielkie imprezy obsługiwać dla stacji telewizyjnych, zwłaszcza z miejsca wydarzenia, na żywo i tak dalej. Różnie to przecież bywało z tymi stacjami. Jak się robiło nawet na żywo, to nie zawsze z miejsca wydarzenia, nie zawsze to było takie łatwe. Nie było takich potentatów finansowych i medialnych, którzy by to umożliwiali. Natomiast ja bardzo lubię spotykać się z ludźmi, którzy są bardziej wyedukowani, można z nimi porozmawiać. Zwłaszcza z takimi, którzy nie są tymi prawdziwymi kibicami jednego zespołu, jednego gracza czy jakiejś tam opcji. A to dlatego, że ja sam nie jestem kibicem w takim rozumieniu potocznym i bardziej patrzę na to próbując znaleźć odpowiedź skąd fenomen takiej organizacji, takiego poziomu, czy w koszykówce czasami żartują raczej pionu sportowego, więc myślę, że to jest najważniejsze, żeby nie być kibicem, nie przywiązywać się do jakiś tam jednych, określonych miejsc, a jednocześnie się tym fascynować.

Koln 2006

Pana najmilsze doświadczenie, czy wspomnienie, związane z pracą komentatora?

Takich było dużo, opowiem może takie bardziej anegdotyczne. Kiedyś pojechałem do Chicago, jak Jordan wracał po tym pierwszym rozstaniu, czyli to był 1995 rok, marzec czy kwiecień. Pamiętam, że prosto z Warszawy samolot do Chicago, spóźniony, potem prosto z lotniska do hali, już do nowej United Center i gdzieś tam tym wejściem charakterystycznym dla dziennikarzy, tam „dwa i jedna – druga” zdaje się jest to tak zabawnie nazwane. No i gdzieś tam w tych labiryntach hali United Center się zagubiłem, nagle wybiegam z jednego z korytarzy i wpadam prosto na grupę graczy Chicago Bulls, w tym samym czasie krzyczą „What time is it? WIN TIME!”. No i… chciałem z nimi wbiec na salę, ale niestety tam ochroniarze mnie powstrzymali.

Pamiętam jak bardzo emocjonalnie też przeżyłem takie spotkania Euroligi, to było związane z sytuacją kiedy zmarł papież i moja stacja zresztą bardzo elegancko to rozwiązała. Prezentowała mecze NBA i Euroligi, ale jednocześnie bez komentarza. Ale my na tych meczach byliśmy, siedzieliśmy na stanowiskach komentatorskich i tak dalej, ale jednocześnie mieliśmy też w głowach zupełnie co innego. I to też było fajne.

Pamięta się szczególnie jakieś pierwsze, najsilniejsze wrażenia. Pamiętam turniej McDonald’s na przykład w 1997 roku z Jordanem w Paryżu, który dosłownie tuż obok nas siedział, czy pierwszy Mecz Gwiazd robiony dla polskiej stacji na żywo, gdzie obok były stacje amerykańskie, Bill Walton, Doug Collins i tak dalej. I to wszystko jakby ma się, że tak powiem, na kontakcie.

W takim razie muszę też spytać o największą komentatorską wpadkę.

O, no to myślę, że takich jakby codziennych się trochę zdarza, z tym, że takiej jakiejś poważniejszej nie pamiętam.

Czy odwiedza Pan serwisy koszykarskie, fora internetowe albo grupy dyskusyjne i czyta opinie kibiców?

Przyznam się szczerze, że czasami zaglądam. Natomiast jeśli tylko przeczytam jakąkolwiek emocjonalną, taką jednostronną wypowiedź na temat innego klubu albo zawodnika z innej drużyny, to jest nie mające nic wspólnego ze sportem i zasadą rywalizacji sportowej, etyki, to natychmiast to odrzucam. Myślę, że to jest trochę tak, że tymi skrajnymi emocjami ktoś próbuje czasem sterować, nawet na niektórych koszykarskich adresach internetowych to widać, jakby ktoś próbował przy okazji coś przemycić, jakieś swoje poglądy czy tworzyć jakieś lobby, co jest bardzo niekorzystne. Ja myślę, że to nie jest łatwo młodym ludziom odczytać, jeśli od krótszego czasu w tym sporcie są zaangażowani i niektórzy dają się ponieść tym, że ktoś ich próbuje użyć jako element w swojej grze czy w swoich działaniach nie mających czasami wiele wspólnego ze sportem.

Czytając niektóre opinie można zauważyć, że wielu kibiców uważa dzisiejsze gwiazdy za bezbarwne w porównaniu z tymi dawniejszymi, z legendami NBA. Co może Pan o tym powiedzieć?

Po części się zgadzam z tego względu, że musimy pamiętać, że to jest jak ze wspomnieniami z dzieciństwa, czy młodych lat. Te pierwsze kontakty, pierwsi gracze, oni byli dla nas jak coś odświętnego. Teraz z ligą NBA jest inaczej, jest bardziej dostępna, można właściwie ją sobie na co dzień oglądać. Jeżeli ktoś by sobie wykupił dekodery wszystkich stacji dostępnych w Europie to by musiał mieć trzy życia, żeby to wszystko oglądać.

Zmieniła się również sama gra  i przepisy troszkę się zmieniły, i styl grania i całe spojrzenie na koszykówkę, a więc również to, że liczy się bardziej zespół, niż indywidualności. Niegdyś było tak, że była mniejsza liczba tych wybitnych graczy i oni się wybijali, natomiast w tej chwili również i poziom przygotowania atletycznego, motorycznego, poziom przygotowania taktycznego, naturalne możliwości graczy są takie, że praktycznie trudno być ponad nich, z tego względu, ja to często powtarzam, że tak naprawdę wybitny strzelec czy snajper, on musi się z tym urodzić. Natomiast gracza czy graczy, którzy będą w stanie go powstrzymywać można wytrenować, wyprodukować w ten sposób. Dlatego tacy zawodnicy określani mianem wybitnych snajperów na czele z obecnymi supergraczami, oni nawet czasami pod presją swoich coachów muszą się chować, uciekać od swoich indywidualnych talentów właśnie w kierunku dobra drużyny. Trochę w takim czasie żyjemy, ale myślę, że to też może się za chwilę zmienić właśnie na korzyść znowu gwiazd.

Co Pana zdaniem powinna zrobić reprezentacja amerykańska, jeśli chce mieć realne szanse na wywiezienie z Pekinu złotego medalu?

Ja myślę, że po pierwsze to dostosowanie się do troszkę innych przepisów, czyli głównie walka z zupełnie inną strefą, tą w której można stać w obronie pod własnym koszem właściwie ile się chce, albo może FIBA zmieni kiedyś przepisy i pójdzie bardziej w kierunku tego, co jest właśnie w NBA, takiego bardziej uniwersalnego. To jest jedna rzecz, to na pewno kwestia przepisów, dostosowania się. Drugie to jest ciągle to, czego Amerykanie wcale nie mają na takim super poziomie, jak można by sądzić, czyli rozpoznanie rywali, ich stylu gry, charakterystycznych akcji. To jest już poprawiane wyraźnie, ale nawet na Mistrzostwach Świata 2006, tam Amerykanie widać nie do końca się przygotowali na przykład na mecz z Grecją, gdzie ich strasznie na tych pick’n’rollach tam ogrywali, grali wysoko przez Papalukasa z Papadopoulosem czy Fotsisem. Strasznie ich tam wyniszczyli. Fanoulis, który zrobił dzięki temu karierę, od razu poszedł prosto do NBA. I teraz właśnie dylemat dla Colangelo i Krzyzewskiego i dla wszystkich, którzy zarządzają USA Basketball – nastawienie, czy budowanie drużyny, czy budowanie takiego zespołu Dream Team. Raczej formuła Dream Teamów wyczerpała się, bo po prostu poziom koszykówki na całym świecie nieprawdopodobnie poszedł do przodu.

Czy ostatnie niepowodzenia reprezentantów NBA negatywnie wpływają na to, jak kibice na całym świecie postrzegają poziom tej ligi?

Trudno mi tak ocenić. Myślę, że to jest jakieś zaskoczenie dla tych, którzy na co dzień śledzą to i szukają czasami takich niezdrowych porównań, która liga lepsza, kto lepiej gra. Koszykówka jest grą na tyle skomplikowaną, że określone warunki, jakie się zaproponuje do rozgrywania poszczególnych meczów, one zmieniają realia boiskowe. Natomiast ja myślę, że to jest dobrze, że Amerykanie przegrywają, ponieważ to jest taki impuls również dla nich, żeby oni jakby nie pozostawali w tej własnej koszykówce, takiej koszykówce NBA skrajnie zespołowej, zorganizowanej wokół jakiejś tam formuły. I myślę, że to nawet dobrze się stało, że Amerykanie przegrali na ostatnich Mistrzostwach Świata i na Igrzyskach Olimpijskich, bo oni ciągle uważają się za najlepszą nację w koszykówce, zresztą trudno się dziwić, no ale coraz bardziej też korzystają ze wsparcia reszty świata. W NBA ponad 80 graczy, a zdaje się w tegorocznych play-offs startuje ponad 60 obcokrajowców, to już w ogóle jest jakiś absolutny rekord. No i myślę, że jeszcze dochodzi taka kwestia, że Amerykanie ciągle myślą o sobie, ciągle szukają lepszego modelu swojej koszykówki, dlatego, że absolutnie ostatnio podupadła ta koszykówka akademicka, która daje bardzo małą liczbę graczy na poziomie zawodowym w perspektywie 3-4 lat. Więc w tej chwili mało amerykańskich graczy trafia na najwyższy poziom i to jest też problem. Być może właśnie te porażki będą jakimś impulsem, żeby i temu się przyjrzeć w Stanach. Zresztą po to jest to USA Basketball, które ma łączyć koszykówkę przeszłości i przyszłości, bo oni się zajmują drużynami juniorskimi, kadeckimi i to jest podobny związek, jak wszystkie związki na świecie. Myślę, że to dobrze, że przegrywają Amerykanie i to tylko uczyni ciekawszym to, co będzie się działo w Pekinie.

Jakich uczestników obstawia Pan w tegorocznym finale NBA?

Z tym obstawianiem to dla mnie jest zawsze problem, bo ja się staram nie obstawiać dlatego, że czasami własne typy powodują, że trochę inaczej podchodzi się do każdego meczu i sugeruje się własnymi obstawieniami. Więc ja jestem jak najbardziej daleki, zresztą często mnie nawet namawiają koledzy gdzieś tam w redakcji, czy znajomi, żeby im pomagać obstawiać mecze ale ja, powiem szczerze, unikam tego, także na tym na pewno nie zarobię nigdy. NBA ma to do siebie, że tam jest tak, że nigdy nie wygra zespół, który nie jest najlepszy, czyli nie zdobędzie tego mistrzostwa. Po prostu jest tyle spotkań do rozegrania, najpierw 82, a potem jeszcze potencjalnie 28, maksimum jeśli ktoś chciałby za każdym razem grać po siedem spotkań i w tych 110 meczach musi być wyłoniona najlepsza drużyna. I tak zawsze jest.

A kto Pana zdaniem w tym roku najbardziej zasłużył na nagrodę MVP?

MVP to będzie też dylemat dla wszystkich. Gdybym ja miał wybierać to też miałbym kłopot, ale na szczęście od wybierania są tylko dziennikarze amerykańscy. Wydawało się, że te dwie z rzędu nominacje dla Stevie’go Nasha, to być może jedna z nich była trochę tak na wyrost. I nagle się okazało, że właściwie Steve Nash i jego zespół znowu grają rewelacyjny sezon, jeden z najlepszych w historii, odbudowani, zrobili swoje. Nash też wszystkie indywidualnie notowania miał jeszcze bardziej imponujące, niż w poprzednich latach, no i teraz jest dylemat. Z kolei Dirk Nowitzki rekordowy sezon Dallas, bez niego to by było niemożliwe i z kolei taki dylemat właśnie czy takiego gracza, który jest liderem drużyny, ale nie w sensie punktowym, czy właśnie kogoś wybitnego na miarę Kobe Bryanta, który bez problemów ze strzelca numer dziesięć na początku sezonu, zdecydowanie wszystkich zdystansował. Także wybór MVP to też byłaby bardzo trudna kwestia, ja bym się nie podjął jakby postawić na jednego konkretnego gracza, już bardziej wolałbym zespół All Stars wybierać, niż jednego pojedynczego zawodnika.

Przejdźmy może na koniec do kilku pytań związanych z tematyką naszego serwisu, a więc z Philadelphią 76ers i Allenem Iversonem. Jak po oddaniu Iversona ocenia Pan zespół Sixers i ich szanse w następnym sezonie po ewentualnym wzmocnieniu w drafcie? Czy oddanie Iversona wyjdzie im na dobre, czy raczej popadną w kilkuletni marazm?

Philadelphia wybrała zaskakujący model, który coraz częściej jest realizowany w wielu klubach NBA. Czyli wygrywa model nie gracza, tylko wygrywa model trenera i koncepcji trenerskiej. Tutaj akurat powiedzmy, że Maurice Cheeks był troszkę górą w rywalizacji z Allenem Iversonem, ale ja myślę, że dopiero ci, którzy dokładnie przyglądają się rywalizacji w NBA widzą, że tam jest taka sytuacja, że jeżeli jest jakiś układ personalny, który się wyczerpuje, który nie daje rezultatów, który wręcz przynosi negatywne skutki, to po prostu nie ma co się męczyć, tylko trzeba z takiego układu zrezygnować. I tam Billy King, doświadczony przecież jako zawodnik i jako menedżer, wspólnie z właścicielem klubu i Maurice Cheeksem doszli do takiego wniosku, żeby właśnie pożegnać się z Iversonem, bo to już nic nie dawało, a jemu dało nowe życie w Denver, i to jakie. A oni też zyskali, bo mogli postawić na zupełnie inną koncepcję. Jeżeli ma się gracza który przez 10 lat jest główną opcją, za sprawą której jest się w finale, on jest też królem strzelców, ale jednocześnie zespół nie idzie tak jak on indywidualnie, to trzeba znaleźć nową opcję. Tym bardziej, że tam jest dużo naprawdę fajnych, młodych chłopaków. Tylko kwestia teraz tego, czy Iguodala jest tak dojrzałym już zawodnikiem, żeby być liderem, czy będzie potrzebował wsparcia i czy zostanie paru tych starszych graczy, którzy się przecież bardzo przydali, na czele z Andre Millerem.

Tymczasem Nuggets zgodnie z oczekiwaniami wielu kibiców powinni być w najbliższych latach jednym z faworytów do mistrzostwa, albo przynajmniej do udziału w Finale NBA. Czy zgadza się Pan z tą opinią?

Tak, jak najbardziej. W ogóle Denver Nuggets to jest taki zespół, działający trochę w tym rozrzedzonym powietrzu, mówiąc żartobliwie. Czyli zespół kompletnie nieobliczalny. Ja tam nie dostrzegam jakieś linearności działania, jakiejś ciągłości. Zresztą coach George Karl to ktoś, kto jest człowiekiem niesamowicie inteligentnym, który potrafi w trudnych sytuacjach sobie radzić. On ma swój model gry. To nie jest może model wzorcowy, ale zawsze potrafił wycisnąć coś z tych swoich zespołów. Taki duet jak Carmelo Anthony – Allen Iverson to myślę, że dla wielu innych coachów byłby nie do wyobrażenia, takich coachów bardziej scholastycznych. Natomiast tutaj w Denver gra rewelacyjnie. Ja miałem okazję oglądać te pierwsze dwa mecze Denver z San Antonio, w drugim troszkę gorzej, ale w pierwszym to po prostu rewelacja, no rewelacja. I obrona i pozostali gracze. Właściwie to wszystko było tak, jak trzeba, i gwiazdorzy sobie absolutnie nie przeszkadzali, każdy robił co innego. Tam też trzeba przyznać znaleziono bardzo dobry pomysł na takiego gracza, który odciąża Iversona od prowadzenia gry, ale jednocześnie to taki można powiedzieć Eric Snow, czy Aaron McKie. Mam na myśli Steve’go Blake’a. To jest też inteligentny zawodnik, z doświadczeniami, przecież on na uczelni Maryland był też taką postacią obok Juana Dixona na przykład, i też robił swoje. Super chłopak.

Myślę, że w tym drugim meczu swoje zrobiła też przesadna ilość niecelnych rzutów Nuggets, które z pewnością powinny wpaść do kosza.

No tak, bo to jest taki zespół, prawda? Oni grają ciągle to run’n’gun nazwijmy to, chociaż bardziej to jest gun’n’gun. Ale z tym bieganiem oni są już trochę ostrożniejsi bo i Iverson częściej trzyma piłkę niż odegra, ale to już są detale. Jednak w perspektywie to jest też bardzo ciekawy zespół, z tym, że tam słabe są te rezerwy, bo oni w jednych meczach, z Kleizą na czele, potrafią zaszokować, a w kolejnym meczach ich nie ma, także nie wiem jak w tej serii będzie, czy oni nie pójdą w dół.

A co może Pan powiedzieć o samym Allenie Iversonie? Czy miał Pan kiedyś okazję spotkać go, porozmawiać?

Miałem parokrotnie okazję, niemniej, nigdy nie robiłem z nim jakiegoś dłuższego wywiadu, natomiast gdzieś tam na konferencjach prasowych, gdzieś tam przy okazji różnych Meczów Gwiazd. To jest człowiek, który nie pasuje do naszej europejskiej mentalności, bo to jest pewna taka amerykańska specyfika, nazwijmy to afroamerykańska. Natomiast widać wyraźnie, że Allen Iverson zmienił się nieprawdopodobnie na przestrzeni tego, kiedy pojawił się w NBA. Pod każdym względem widać tą jego dojrzałość. Pewnie, że to w ogóle fenomenem, że on był w stanie zrobić taką karierę jako zawodowy sportowiec, i rodzina, i ojciec, i to wszystko ustabilizował. No i te szalone ambicje, które nim kierowały. Także ja myślę, że Iverson jest… on mi najbardziej zaimponował tak naprawdę przy okazji Meczu Gwiazd, to chyba było w Denver, kiedy dostał MVP. Bo on tam właśnie pokazał, że jest zawodnikiem już bardzo dojrzałym, grającym dla drużyny, nawet w takich gwiazdorskich spotkaniach. I taki właśnie jest zaskakujący, zdyscyplinowany, kiedy gra teraz dla George’a Karla.

Bardzo dziękuję za rozmowę i za poświęcony czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *