Redaktorzy Sixers.pl o swoich początkach z koszem

Jak to się stało, że zainteresowaliśmy się koszykówką? W jakich okolicznościach zaczęliśmy oglądać NBA? I dlaczego zdecydowaliśmy się kibicować Philadelphii 76ers? No cóż, każdy z nas ma inną historię do opowiedzenia. Przed Wami cztery z nich, należące do redaktorów Sixers.pl:

 

Tomek Klimowicz: Pierwszą styczność z NBA miałem w wieku 14 lat, kiedy przelatując pilotem po kanałach trafiłem przypadkowo kilka razy na fragmenty „NBA Action” na TVP2. Rok później rodzice pozwolili mi siedzieć w nocy i oglądać pierwsze w życiu mecze. To byly finały Bulls – Jazz z 1998 roku. Kibicowałem oczywiście Chicago, ale zanim zdążyłem się zastanowić czy lubię w ogóle Jordana (nie, nie przepadam!), jego już w lidze nie było. W kolejnym sezonie w wieku 15 lat zacząłem regularnie oglądać „NBA Action” i trochę spotkań. Po szkole po raz pierwszy w życiu poszedłem na boisko porzucać do kosza – wyciągnął mnie o głowę niższy kumpel z ławki. Wtedy byłem za Knicks, kupiłem sobie nawet pierwszą koszulkę z nazwiskiem Sprewella. Ale w sezonie 1999/00 moją uwagę zaczął przykuwać już tylko Allen Iverson – nie mogłem wyjść z podziwu jak z takim wzrostem zdobywa tyle punktów! Zafascynowanie Iversonem z czasem naturalnie przeszło na kibicowanie Sixers…

Tamte czasy wspominam z nostalgią; telegazeta strony 265-267 każdego poranka, „ProBasket” i „Magic Basketball” co miesiąc w kiosku, NBA na TVN-ie, założenie tej strony i zażarte dyskusje na forum xcom.pl/e-nba. Do dzisiaj kibicuję tylko Sixers, mimo sympatii do Kings z Williamsem, Stojakovicem, Divacem i Webberem oraz Spurs z Duncanem i spółką.

 

Mateusz Filipiak: Od najmłodszych lat w moim domu królowała piłka nożna. Mam dwóch starszych braci, więc chcąc nie chcąc wiele moich zainteresowań z wczesnego dzieciństwa było właśnie ich dziełem (pozdrawiam Was gorąco!). Gdy w wieku 4 lat otrzymałem koszulkę Luisa Figo po prostu zacząłem szaleć na punkcie Realu Madryt i piłki nożnej.

Moje zainteresowanie koszykówką zaczęło również bardzo szybko kiełkować, choć początkowo ograniczało się do statystyk ze stron 265-267. Ze strzępków artykułów i plakatów z Bravo Sport narodziła się sympatia do mojego największego idola – Vince’a Cartera. Uważałem się wtedy za fana fana drużyn Vinsanity (Toronto Raptors, New Jersey Nets).

Nie pamiętam kiedy dokładnie, ale w pewnym momencie zacząłem regularnie oglądać skróty meczów NBA. Był to chyba rok 2012. Vince Carter odgrywał coraz mniejszą rolę w zespołach do których trafiał, a ja zapragnąłem stać się fanem jednej drużyny, której będę wierny tak, jak Realowi Madryt. Zafascynowany Michaelem Jordanem i Derickiem Rose’m na początku skłaniałem się ku Bulls. Jednak w miarę jak rosło moje zainteresowanie, zdawałem sobie sprawę, że nie mam ochoty zostać kolejnym fanem drużyny, którą wielbi tak duża rzesza kibiców. Przeszedłem przez krótką fazę Raptors (pierwsza drużyna której kibicowałem), Magic (miałem kiedyś ich czapkę), aż po Bucks (Greak Freak, god damn!). Jednak żadna z tych drużyn nie potrafiła wywołać u mnie głębszych uczuć.

W roku 2016 jednak pojawił się na horyzoncie niesamowity zawodnik, który swymi zdolnościami przywodził na myśl wielkiego Magica Johnsona. Wiecie, o kim mówię. Wybrany z pierwszym numerem draftu młodzian dołączył do ekipy, do której od dłuższego czasu czułem sympatię z powodu radykalnego pomysłu przebudowy drużyny. W pewnym momencie po prostu wiedziałem, że Sixers są organizacją, przy której chcę zostać. To była miłość od pierwszego numeru draftu…

 

Wojtekhandi: Moja przygoda z koszykówką zaczęła się w szkole podstawowej. Ojciec najlepszego kumpla był wfistą i zabierał nas na salę, żeby pokazać, że można grać w coś innego niż piłka nożna. Po kilku takich zajęciach dołączyłem do kolegi, który trenował już 3x w tygodniu w szkolnej drużynie. Koszykówka bardzo szybko okazała się pierwszą miłością mojego życia, co ważne, przynajmniej do wieku seniorskiego oddawała mi sporo uczucia. Po roku treningów zostaliśmy zgłoszeni pod szyldem AZS-u do rozgrywek ligowych i tak przeszedłem przez wszystkie szczeble wiekowe, rok rocznie grając w MP, kończąc w III lidze. Ambicje były większe, jednak wielkie serce i zaangażowanie nie każdego wprowadzają do NBA, lub chociaż PLK ;-)

Jak każdy mały chłopak lat 90-tych ja również chciałem być jak Mike (polecam sławną reklamę Gatorade z super piosenką). Wraz z pojawieniem się w NBA Iversona, moje oczy zostały skierowane na inną drużynę. Rozkwit Iversona pokrywał się mniej więcej z kolejnym odejściem MJ’a, więc zmiana idola przebiegła łagodnie. Allen miał w sobie to coś, co odróżniało go od wszystkich innych zawodników. Poza szybkością i łatwością w zdobywaniu punktów, miał wolę zwycięstwa i wiarę, że jest w stanie samemu osiągnąć szczytu. Nie wspomnę nawet o opaskach na głowie i luźnych ciuchach, naśladując go trzeba było szukać wymówki, że ten rękaw na całej ręce jest mi naprawdę potrzebny i nie ma nic wspólnego z AI ;-)

Tak zostałem fanem Sixers i jestem z nimi na dobre i na złe. Finały NBA na żywo oglądam od 1999 roku i mam nadzieję, że doczekam się czasu, kiedy zawitają w nich Siedemdziesiątki Szóstki!

 

Maciej Jakubowski: Wszystko zaczęło się jak miałem 10 lat. Pamiętam jak mój Tata przyniósł metalową obręcz do kosza, którą dostał od któregoś z kolegów. Nie ukrywam, że wtedy nie należałem do wyjątków i zaliczałem się raczej do zwolenników kopania piłki do bramki (a dokładniej kopania jej pomiędzy dwa kamienie ustawione ok. 3 metrów od siebie), aniżeli rzucania piłki do koła zawieszonego tak wysoko, co wymagało dużo większej precyzji.

Ostatecznie obręcz zawisła na tarasie, przytwierdzona do balustrady górnego balkonu. Kozłowanie, rzuty i wkurzanie sąsiadów odgłosami odbijanej piłki – tak wyglądał mój pierwszy „flirt” z basketem. Dalej już moja fascynacja koszykówką nabierała rozmiarów z każdym dniem, aż stała się pasją i częścią mojego życia.

Dlaczego 76ers podczas gdy wszyscy fani NBA w Polsce w owych czasach zafascynowani byli Michaelem Jordanem i Chicago Bulls?? Powód jest prosty – w Philadelphii mieszka moja bliska rodzina, a na początku lat 90-tych gwiazdą tego zespołu był jeden z moich ulubionych graczy – Charles Barkley. Era Allena Iversona jeszcze spotęgowała moją fascynację koszykówką i Sixers, która trwa po dziś dzień. Iverson, mimo tego jak potoczyły się jego losy, pozostaje moim niekwestionowanym idolem, a Sixers drużyną, której kibicem będę na dobre i na złe.

3 komentarze

  1. mick_jones pisze:

    Moja historia jest bardzo zblizona do pierwszej tutaj przytoczonej, telegazeta, wycinki z bravosport ale u mnie były jeszcze podrabiane jerseye championa :) swietna robota Panowie

    • Monty pisze:

      U nas też, przecież wtedy ta koszulka Spree oryginalna nie była, pierwsza AI też nie. W sklepach nie było, poza tym kogo byłoby stać…?

      • ajverson pisze:

        Miałem to szczęście że koszulę AI przywiózł mi wujek ze stanów :) Było trochę szarpaniny z kolegami o autentyczność bo te które można było dostać w PL na rynek europejski, były inne. NBA oglądałem trochę za dzieciaka z Wujkiem – fan LA i Chicago w którym mieszkał, na co dzień raczej średnio się interesowałem. Iversonem zaraził mnie gość w liceum. Cięgle gadał o AI i aż to mnie irytowało. Po kilku meczach już sam wsiąknąłem. Który to był rok to nie pamiętam. Na pewno 1998-2000. Za cornrowsy zrobione w juwenalia jakoś 15 lat temu, ojciec nie odzywał się do mnie prawie 2 tygodnie ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *