Recenzja filmu dokumentalnego „Iverson”

Duże wrażenie robi w filmie „IVERSON” scena, która tłumaczy genezę słynnej konferencji prasowej, podczas której Allen Iverson powtarza słowo „practice”. Widzimy monolog Iversona, przerywany jego najnowszymi wypowiedzami na ten temat oraz komentarzem trenera Johna Thomspona. Oboje tłumaczą, dlaczego Iversonowi puściły nerwy i przekonują, że koszykarz nie krytykuje treningów samych w sobie. Po czym przy coraz głośniejszej muzyce widzimy pełen kontekst tamtego spotkania z mediami, wreszcie słyszymy to, co powiedziano wcześniej i później. To najlepszy fragment filmu i jednoczesnie scena, która doskonale pokazuje sposoby manipulacji, używane przez media, aby wykreować lub zniszczyć jednostki.

W tej scenie zawarty jest cały przekaz i sedno tego dokumentu, który powstał przy ścisłej współpracy z Iversonem, aby ten wreszcie mógł własnymi słowami powiedzieć, za kogo naprawdę się uważa. Żeby mógł pokazać, że nie jest taki, jak widzi go większość ludzi na podstawie niesprawiedliwego wizerunku wykreowanego przez media. To naprawdę udało się i sam pomysł, żeby to AI był niemalże narratorem tej opowieści i żebyśmy poznali JEGO historię z JEGO perspektywy, gdzie indziej mógłby być nieobiektywny, ale tutaj sprawdza się świetnie.

Bardzo ciekawe są także początkowe fragmenty filmu, opowiadające o młodości Iversona. Szybko można wczuć się w bohatera. Zrozumieć jaką wielką pasją (a nie tylko sposobem na wyjście z ghetta) był dla niego sport i zauważyć, że on sam już jako nastolatek wiedział o tym, że profesjonalna kariera była mu przeznaczona. Mimo tych wszyskich przeszkód, jakie stawały na jego drodze. Na plus kilka prywatnych fragmentow filmowych czy zdjęć, których nie widzieliśmy wcześniej. Podpatrujemy dzięki nim, jak zachowywał się koszykarz z dala od światła reflektorów. Najwięksi fani nie dowiedzą się nic nowego, ale sam sposób, w jaki ta historia została opowiedziana, wciąga i nie pozostawia nas obojętnym.

Niestety później jest już gorzej. Sprawa bójki w kregielni, procesu i wyroku na „czwórkę z Hampton” jest pokazana czytelnie i klarownie, ale pod tym względem dużo ciekawszy i dogłębny jest niezależny dokument „No Crossover: The Trial of Allen Iverson” z 2010 roku. Od momentu debiutu Allena Iversona w lidze jego historia jest już opowiadana dosyć schematycznie (przypomina film „The Answer” z 2002 roku) i nie zaskoczy niczym nowym. Po sezonie 2001-02 o dalszej karierze i problemach AI w Sixers jest niewiele, a dalsza kariera w Denver oraz epizody w Detroit, Memphis i w Turcji są przedstawione minimalistycznie i równie dobrze mogłoby ich nie być. Krótkie wyjaśnienie, że Nuggets nie przedłużyli kontraktu z Iversonem, a Pistons i Grizzlies nie wywiązali się z obietnicy o wystawieniu zawodnika do wyjściowej piątki, zostawia wielkie poczucie niedosytu. Bardzo ciekawym wyjątkiem jest jedynie motyw walki NBA z wizerunkiem Iversona – krytyka jego wyglądu i wprowadznie w lidze „dress code”.

Szkoda, ponieważ o wczesnych latach Iversona, o karierze szkolnej, bójce na kręgielni i latach sukcesów w Sixers wiemy już wiele z prostego powodu – to wydarzenia z dalekiej przeszłości i mogliśmy się o nich dowiadywać z wielu, ujawnianych przez lata źródeł. O ostatnich latach w NBA i wydarzeniach po zakończeniu kariery wiemy niewiele, oczywiscie jeśli chodzi o punkt widzenia samego Iversona. Nie chodzi tylko o koszykówkę. Od początku seansu wiele słyszymy o tym, jak rodzinnym człowiekiem jest Iverson, jak bardzo kocha żonę i dzieci, więc osobiście byłem najbardziej rozczarowany tym, że zabrakło jego komentarza na temat rozpadu własnego małżeństwa. Jeśli nie powodów, to chociaż jego prywatnych odczuć na temat tej sytuacji i planów na życie osobiste w przyszłości.

Podsumowujac – film jest naprawdę wart obejrzenia. Przez większą część czasu chwyta kibiców koszykarza za serca, bo opowiada w hipnotyzujący sposób o jego karierze krok po kroku i nawet jeśli nie dowiadujemy się nic nowego, to przyjemność z oglądania jest wielka. Aż chce się odpalić jakiś stary mecz Sixers i obejrzec AI znowu w akcji! Osoby zainteresowane NBA, ale nie będące fanami AI, dowiedzą się natomiast wiele nowego. Ale sporym rozczarowaniem jest potraktowanie ostatnich lat „po łebkach”, przez co film sprawia wrażenie, jakby twórcom nagle zabrakło chęci na jego dokończenie i jakby urwał się w połowie. Co nie zmienia faktu, że to wspaniały prezent dla kibiców. Co ważniejsze – doskonale wywiązuje się ze swojego celu, czyli przedstawienia prawdziwego wizerunku Allena Iversona jego krytykom (fragment piosenki Niny Simone na wstępie „I’m just a soul whose intentions are good, oh Lord, please don’t let me be misunderstood” nie pozostawia co do tego złudzeń) i dlatego najlepiej, jak trafi on do jak największej ilosci widzów.

„Iverson”, showtime 2015. Moja ocena: 8/10.

 

2 komentarze

  1. jk napisał(a):

    można to gdzieś zobaczyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *