Milwaukee

Sixers przegrywają czwarty mecz z rzędu, lecz o dziwo tego wieczora nawet wykazywali się jakąś wolą walki. Pierwszą kwartę udało się wygrać, mimo ogromnych problemów pod koszem i z obroną Giannisa. Dobre ożywienie dała ławka, lecz beznadziejnie niestety grał Embiid, który co raz tracił piłkę w pojedynkach z Lopezem. W drugiej ćwiartce dalej udawało się toczyć pojedynek jak równy z równym, jednak swoboda gry i pewność siebie zdecydowanie była po stronie gospodarzy. U nas grę ciągnął Simmons, który biegał jak szalony od kosza do kosza. Z czasem Bucks zaczęli coraz wyraźniej dochodzić do głosu, co pozwoliło im na zbudowanie bezpiecznej przewagi w kwarcie trzeciej i ostatecznie bezproblemowe dowiezienie prowadzenia do ostatniej syreny.

Muszę przyznać, że to chyba jedna z najkrótszych relacji jakie napisałem, ale ostatnia gra, wyniki i wczorajsze ruchy transferowe po prostu odbierają przyjemność z oglądania i ekscytowania się tą drużyną. Panie Brown, odebrałeś mi Pan smak życia!

Kolejna szansa do kompromitacji już dzisiaj przeciwko Memphis.