Tuż przed startem dowiedzieliśmy się, że przypuszczenia niektórych okazały się słuszne a mecz na pozycji rozgrywającego w barwach Sixers rozpocznie Timothy John (czyli po prostu T.J.) McConnell. Natomiast zamiast ponownie kontuzjowanego Covingtona, w wyjściowej piątce pojawił się Jerami Grant. W barwach Bucks po raz pierwszy od grudnia zeszłego roku pojawił się Jabari Parker, drugi pick zeszłorocznego draftu.

Sixers zaczęli dobrze, ale jednocześnie spokojnie. Nie było widać paniki i przypadku w grze, a duża w tym zasługa pewnie grającego na pozycji nr 1 McConnell’a. Dało to drużynie z Filadelfii szybkie 6-punktowe prowadzenie, które jednak szybko zamieniło się w 10 punktów straty po wprowadzeniu rezerwowych. Sixers za dużo próbowali rzucać za trzy punkty, nie mogli również przebić się pod koszem. Na koniec pierwszej kwarty Bucks schodzili prowadząc 29-21.

Początek drugiej kwarty przyniósł powrót McConnell’a i co raz bardziej zaczął się rzucać w oczy fakt – podczas obecności tego zawodnika na parkiecie Sixers grają o niebo lepiej. Mądre decyzje, wola walki i poświęcenie to rzeczy, które w tym meczu czyniły McConnell’a dużo lepszym rozgrywającym od Canaana, który w tym meczu kompletnie nie mógł się odnaleźć również jako rzucający obrońca. Nieźle rzucał Okafor, który miał już 9 punktów i 5 zbiórek w połowie drugiej części gry. Problemy z trafianiem miał niestety Stauskas, który rzucał za trzy dużo, ale trafiał niewiele. Mecz stał się wyrównany, obydwie strony dużo pudłowały. Na aż 18 prób zza linii 3 punktów Sixers trafili zaledwie 4 razy (sam Stauskas 2/9). Druga kwarta padła łupem zespołu z Filadelfii (24-18), jednak wynik podczas przerwy ciągle był na korzyść Bucks – 47-45.

Trzecia kwarta zaczęła się ponownie dobrze dla gości, którzy szybko dzięki współpracy Stauskasa z McConnell’em odskoczyli na 3 punkty, rozpoczynając kwartę od serii punktowej 7-2. Okafor co raz częściej zaczął być podwajany przez rywali, jednak całkiem nieźle sobie z tym radził. Kolejne ważne punkty zdobyli Sampson i Thompson co zaowocowało 7 punktami przewagi na 4 minuty przed końcem trzeciej części gry. Wtedy jednak nadszedł czas zmiany McConnell’a na Canaana, co skończyło się szybką stratą 9 punktów przez gości. Sixers mimo wielu okazji nie potrafili uciec na bezpieczny dystans koszykarzom z Milwaukee. Goście po raz pierwszy w sezonie wygrali trzecią kwartę (22-21), jednak ciągle tracili jeden punkt do rywali przed ostatnimi 12 minutami gry.

Czwarta kwarta zaczęła się od serii Bucks, jednak Sixers szybko odrobili straty. O wyrównanym poziomie spotkania najlepiej mówi nam statystyka:  na 6 minut do końca mieliśmy aż 15 zmian na prowadzeniu i 11 remisów. Natomiast o dzisiejszym poziomie Canaana świadczy to, że trener Brown w czwartej kwarcie wolał postawić na świeżo sprowadzonego Pressey’a. Nik Stauskas przestał wreszcie wymuszać rzuty za trzy i zajął się podawaniem piłki do kolegów, co naprawdę wychodziło mu tej nocy bardzo dobrze. Wkrótce stało się jasne, że losy tego meczu rozstrzygną się w samej końcówce. Bucks odpalili świetną obronę, Stauskas zaliczył stratę a Khris Middleton rzucił za 3 na 48 sekund do końca, co dało Bucks 4 punkty przewagi. Kolejne pudło Stauskasa 18 sekund później pogrzebało szanse Sixers na pierwsze zwycięstwo w sezonie. Mimo 30 sekund do końca i 4 punktów straty goście nie zdecydowali się na zatrzymanie zegara, Okafor rzucił za dwa na dwie sekundy do końca a Middleton wykorzystał obydwa rzuty osobiste co ostatecznie dało Bucks drugie zwycięstwo w sezonie.

Sixers wyjeżdżają z Milwaukee z bilansem 0-4. Następny mecz w piątek w Cleveland.

Philadelphia 76ers 87-91 Milwaukee Bucks
Okafor 21 punktów (9/13 z gry), 6 zbiórek
Noel 17 punktów, 12 zbiórek
McConnell 7 punktów, 9 zbiórek, 12 asyst, tylko 1 strata (18 całej drużyny)