Czy obecna gra Sixers pokazuje nam, że czas na zmiany?

Wielu pewnie się ze mną nie zgodzi, wielu powie, że dramatyzuję, że jest za wcześnie żeby oceniać grę Szóstek… Zanim jednak odniosę się do powyższych twierdzeń, zacznijmy od początku.

Sixers po odejściu Allen Iversona byli w stanie zbudować zespół na maksymalnie drugą rundę Play Offs, byli drużyną solidną, jednak pozbawioną talentu, żeby bić się o mistrza. Wtedy rozpoczął się tzw. “Proces”, czyli ogólnie rzecz ujmując “trzęsienie ziemi” w klubie. Wymieniono graczy, GM-a, i trenera. Nowi zawodnicy skrojeni byli na miarę celów, jakie wówczas klub sobie stawiał, czyli zdobycia jak najwyższych numerów w drafcie w kolejnych latach, a co za tym idzie zgromadzenie jak największej ilości talentów, którzy w przyszłości mieli zostać filarami mistrzowskiego teamu.

Proces rozpoczął się 6 lat temu. Dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że Sixers mają liderów, mają masę talentu, mają wszystkie potrzebne “klocki” do tego, aby zbudować mistrzowską drużynę. Tyle w teorii, a w praktyce? W praktyce mamy drużynę, która trzeci kolejny sezon gra na miarę drugiej rundy Play Offs, drużynę, która trzeci kolejny sezon popełnia te same błędy pomimo wielu roszad w składzie na przestrzeni tych lat. Co jest nie tak, że zespół ten nie robi żadnych widocznych postępów? Jest przecież Joel Embiid, być może najlepszy center w lidze, jest Ben Simmons, człowiek porównywany do takich gwiazd jak Magic Johnson czy Lebron James, są w końcu świetni weterani i zadaniowcy. Dlaczego więc jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Problem w mojej ocenie jest złożony i obejmuje on postawę trenera i samych graczy. Moim zdaniem formuła o nazwie Brett Brown w tym klubie się wyczerpała. Jest on trenerem od 2013 roku, a klub gra cały czas podobny basket obarczony tymi samymi błędami. Straty, oddawanie dużej ilości rzutów za 3 punkty. w pierwszych sekundach akcji, mało ruchu piłki, czy słaba obrona zespołowa to podstawowe grzechy tej ekipy. Za te elementy odpowiedzialny jest trener Brown.

Problemy, o których piszę, nie pojawiły się wczoraj, są one obecne w grze już od kilku sezonów pomimo zamian w składzie, które miały poprawić grę całego zespołu. Sixers przed “Procesem” pomimo zdecydowanie słabszego składu dużo lepiej spisywali się w obronie i zdecydowanie bardziej szanowali piłkę. W owym czasie średnia strat na mecz wynosiła ok. 11/mecz, a Sixers potrafili grać mecze, gdzie mieli ich 7-8. Teraz tyle ekipa Browna potrafi “machnąć” w jednej kwarcie. Słaba obrona pomimo obecności w składzie zawodników uchodzących za elitarnych to kolejny kamyczek do ogródka trenera. Powyższe dowodzi, że w zespole kuleje organizacja gry po obu stronach, a za to odpowiada przede wszystkim trener. Niestety oglądając Sixers czasem czuję się jakbym patrzył na luźną gierkę w ramach “preseason”.

Postawa samych graczy pozostawia też wiele do życzenia. W mojej ocenie czymś zupełnie naturalnym jest chęć bycia jak najlepszym w tym co się robi, ale czy podobnie myśli Ben Simmons? Pełna zgoda – widziały gały co brały, wiadome było, że Simmonsowi jest nie po drodze z rzutem, jednak chyba mało kto spodziewał się, że przez ponad dwa sezony w lidze rzuty oddane z dystansu przez Bena policzyć będzie można na palcach jednej ręki. Skąd u gracza takiego kalibru brach sportowych ambicji do bycia lepszym? Chyba każdy się ze mną zgodzi, że Simmons straszący rzutem to nowa jakość, a przed samym graczem otwiera się wszechświat koszykarskich możliwości. Czy w tym miejscu nie powinniśmy się zastanowić, czy tu też nie ma winy trenera? W końcu to osoba nie tylko od ustalania zagrywek, ale też od motywowania graczy, od stawiania im zadań i od egzekwowania realizacji tych zadań. Czy Brown nie powinien zacząć wymagać od Simmonsa poprawy gry w dalszej odległości od kosza? Nie wystarczy być dobrym kumplem dla graczy, kimś, kto zawsze poklepie po plecach po nieudanym meczu i powie, że będzie lepiej. W krytycznych momentach potrzeba kogoś z prawdziwym autorytetem, kogoś, kto “uderzy pięścią w stół” i postawi do pionu każdego bez względu na status w zespole (Larry Brown tęsknimy!).

Mnie osobiście irytuje jeszcze postawa naszego lidera. Z pożytkiem dla całego zespołu będzie jak Joel Embiid czas na pisanie tekstów na twitterze poświęci na poprawę kondycji. Może wtedy nie będzie potrzebował odpoczynku co drugi mecz, a katar, czy kichnięcie nie będzie wzbudzało paniki w sztabie Sixers. Nie wyobrażam sobie takich sytuacji za czasów Browna i Iversona.

Reasumując, w sezonie od którego oczekiwałem dużego postępu i gry na poziomie “contendera”, czyli drużyny walczącej z najlepszymi i odprawiającej z kwitkiem ligowych średniaków, mamy drużynę, która ma problem ze zdobyciem 20 punktów w decydującej kwarcie, drużynę która przegrała 5 z ostatnich 7 gier. Obrazu gry nie poprawia nawet pięć pierwszych wygranych w sezonie, gdyż nawet w tych meczach widać było problemy o których pisałem.

Zdaję sobie sprawę, że zmiana trenera to nie zmiana brudnych skarpetek na czyste i nie dzieje się to ot tak, dlatego też nie jestem zwolennikiem podejmowania pochopnych decyzji, ale zdecydowanie jestem za tym aby zespół zaczął się rozglądać za kimś, kto sprosta oczekiwaniom kibiców i zrobi z tej drużyny postrach ligi. A czy waszym zdaniem jest to moment, w którym drogi 76ers i Browna powinny się rozejść?