Atlanta

Mecz numer trzy, tym razem w Atlancie. Obie ekipy rozpoczęły bez zmian pierwszego garnituru, w stosunku do poprzednich pojedynków. Już po trzech minutach gry, parkiet z grymasem na twarzy musiał opuścić jednak Dany Green. Jego miejsce zajął Thybulle, który świetnie wszedł w mecz, dwa przechwyty, cztery punkty i uprzykrzanie życia liderowi rywali. Gramy twardo w obronie, Embiid nie pozwala już tak łatwo na alley-oop do Capeli, ale wynik i tak jest na styku.

Moi drodzy, nasza ławka żyje od początku! Do Matisse’a dołączył Furkan najpierw trafiając spod kosza, a później dając się sfaulować przy próbie rzutu za trzy i trafiając zza łuku w następnej akcji. Doc szybko do boju posyła też Milton’a i Hill’a, impuls rezerwowych pozwala odskoczyć na 7 oczek i trener gospodarzy prosi o czas na rozmowę. Po przerwie show Turka rozwścieczonego porażką swoich rodaków, z ludźmi Gallinari’ego, jednak ciągle trwa! Kolejny raz za trzy, tak jakby chciał przyćmić trójkę przyjętą w Rzymie ;) Klimatu z Anatolii trochę nie poczuł Hill, który zaliczył dwie proste straty i nie trafił dwóch osobistych, ale nawet pomimo tego na koniec kwarty prowadzimy 20:28.

Na początku drugiej ćwiartki dobrą dyspozycję kontynuują rezerwowi, wspierani Harris’em. Tobias wygląda zresztą na nieomylnego, trafia nawet w gąszczu rywali. Problemem w dalszej części spotkania mogą okazać się faule na Young’u, Thybulle musiał jeszcze przed przerwą usiąść z powodu trzech przewinień, a Green nie wrócił na razie do gry. Do szatni schodzimy z prowadzeniem 56:61.

Po powrocie na boisko wrzucamy wyższy bieg i odskakujemy na 14 punktów. Gramy bardzo twardo w obronie, gospodarze w zasadzie trafiają wyłącznie z linii rzutów wolnych, podczas gdy po drugiej stronie boiska karzemy ich w pomalowanym. Ta część spotkania zdecydowanie należała do Simmons’a który co chwilę agresywnie atakował kosz rywali, z czasem nawet wstrzelił się na linii. W obronie za to zatrzymał gwiazdę rywali. Żeby nie było tak dobrze, to w końcówce kwarty zobaczyliśmy Green’a już przebranego i z usztywnioną nogą, co niestety nie wróży dobrze.

Ostatnie 12 minut meczu zaczynaliśmy z wynikiem 75:95. Ledwie 19 punktów trafionych przez Hawks w trzeciej kwarcie trochę zniechęciło ich do gry w basket. W jednej z pierwszych akcji jednak kibicom Sixers znowu mogło podnieść się ciśnienie. Upadając po wejściu pod kosz, Tobias uderzył tyłem głowy w kamerę i przez długi czas nie zbierał się z parkietu. Tym razem obyło się jednak tylko na strachu. Kolejna okazja do zawału przydarzyła się jednak kilka minut później, kiedy Joel przy próbie bloku padł z impetem na parkiet i chwilę leżał trzymając się za kontuzjowane kolano. Znowu okazało się, że mamy szczęście, ale po co przy takim wyniku kusić los?

Atlantę było już stać tylko, by zbliżyć się na chwilę na 13 oczek, ale kwestia zwycięstwa ani na moment nie była zagrożona. Aż sześciu filadelfijczyków zakończyło spotkanie z podwójną zdobyczą. Obejmujemy prowadzenie w serii, szansa na 3:1 już w poniedziałek.