Wczorajszy wieczór z NBA Play Offs nie przyniósł kibicom Sixers powodów do radości. Philadelphia w brzydkim stylu przegrała pierwsze spotkanie serii przeciwko Brooklyn Nets.

Zawodnicy gości przyjechali do Wells Fargo Center jak po swoje i chwilową niemoc z początku pierwszej kwarty przełamali i szybko objęli prowadzenie. O grze gospodarzy ciężko powiedzieć cokolwiek pozytywnego. Zawiedli wszyscy oprócz Jimmy’ego Butlera, który zdobył rekordowe w Play Offs 36 punktów i tak naprawdę tylko jego postawa dawała kibicom Sixers nadzieję na nawiązanie walki.

Zawodnicy Nets odrobili lekcje i grali basket, z którym Sixers maja poważne problemy – celne trójki, pick’n’rolle i zagęszczanie środka aby uniemożliwić skuteczne penetracje zawodników Szóstek. Efekt??? Wystarczyło spojrzeć na grę podopiecznych Browna, którzy byli zupełnie rozbici – akcje na siłę, brak komunikacji, leniwa obrona, w której Nets mijali naszych obrońców jak tyczki. Jeżeli miałbym wyróżnić kogokolwiek z obozu Szóstek to oprócz wymienionego już Butlera, wymieniłbym Bobana Marjanovića, który pomimo problemów w obronie dobrze radził sobie w ataku. Niestety w drugiej połowie z niezrozumiałych powodów został odsunięty od gry.

W mojej ocenie Brown miał swój niemały udział w tej przegranej. Jego decyzje niejednokrotnie były dla mnie zagadką. Nie wiem czemu miało służyć wprowadzenie nierozgrzanego Jonaha Boldena dopiero w czwartej kwarcie, nie wiem czemu miało służyć trzymanie na boisku Bena Simmonsa, który nie miał najmniejszego pomysłu na grę, skutecznie pozbawiony możliwości wejścia pod kosz był jak dziecko we mgle, a jedyne co produkował to chaos i straty. W zapowiedzi pisałem, że Phila w RS potrafiła grać skrajnie różną koszykówkę, w tym meczu mieliśmy obraz Philadephi prezentującej swój basket w tym najgorszym wydaniu. Niestety.

Kolejny mecz już jutro i szczerze mówiąc jedyną szansę na ugranie czegoś w tych PO upatruję w tym, że zawodnicy nie odpuszczą i zaczną po prostu grać lepiej, bo w geniusz trenerski Browna przestałem wierzyć już dawno.