Portland

Sixers szybko dostali okazję do rewanżu za ostatnią porażkę, tym razem jednak rywale mieli już w składzie swojego lidera Damian’a Lillard’a, a mecz rozgrywany był w Portland. Goście wyszli na boisko w najmocniejszym składzie, co jednak nie powstrzymało Blazers od bardzo mocnego startu – 6 trójek w pierwszych pięciu minutach. Podopieczni trenera Rivers’a odpowiadali jednak sporą liczbą akcji 2+1, celne rzuty wolne pozwalały utrzymywać się w kontakcie punktowym. Kiedy przestało wpadać zza łuku Sixers momentalnie zaliczyli serię punktową i na tablicy zrobił się remis po 28. Dobrze wyglądał Ben Simmons, bardzo agresywny i skuteczny pod koszem rywali, nieźle wyglądała też obrona, która zmuszała Portland do strat. W najlepszych akcjach z tego dnia na pewno będzie można znaleźć niesamowity blok Bena na Simons’ie. W końcówce kwarty sprawy w swoje ręce wziął Lillard, łapiąc dwa razy gości na faul przy rzucie za trzy, czego efektem drugą kwartę zaczynaliśmy tracąc jeden punkt (37:36).

Druga kwarta to twarda gra, akcja za akcję drugich piątek, więcej minut zamiast Miltona otrzymał Maxey. Portland zaczęło jednak udawać się powoli budować przewagę, bazując na braku celnych rzutów za trzy ze strony gości. Różnica wyniosła w szczytowym momencie osiem punktów i od tego momentu to Sixers znowu przejęli inicjatywę. Na minutę przed końcem połowy udało się nawet wyjść na jednopunktowe prowadzenie, a po buzzer-beaterze Embiid’a do szatni schodziliśmy nawet prowadząc 60:63. Bardzo mogła cieszyć liczba strat w wykonaniu Sixers – 2, przy sześciu gospodarzy, gdyby tylko lepsza skuteczność zza łuku, rozmiary prowadzenia do przerwy na pewno byłyby większe.

Początek drugiej połowy spotkania, to kilka złych akcji gospodarzy i wyjście filadelphijczyków na prowadzenie 8 punktami. W kolejnych minutach Blazers jednak ochłonęli i wrócili do gry w kontakcie. Mieliśmy problem z zatrzymanie rajdów pod kosz Lillard’a, ale za to zza łuku przebudził się Curry i Green, przez co ciągle utrzymywaliśmy się na minimalnym prowadzeniu. Wejście na parkiet rezerwowych nie zmieniło obrazu meczu, w ostatnich sekundach udało się nawet wypracować sześcio-punktowe prowadzenie, ale po kretyńskim faulu Howard’a, podczas rzutów wolnych Thybulle’a, gospodarze otrzymali okazję do odrobienia 2 oczek za darmo (89:93).

Ostatnia odsłona spotkania rozpoczęła się od koncertu Melo, który rzucił 9 oczek z rzędu. Sixers powrócili do ceglenia zza łuku, przez co gospodarze wrócili na prowadzenie. Na parkiet powrócił galowy skład, ale Anthony ni myślał się zatrzymywać i trafiał jak najęty wszystkie rzuty. Podopieczni Rivers’a jednak jakoś przetrzymali ten moment i na cztery minuty przed końcem spotkania tracili tylko jeden punkt do gospodarzy. 80 sekund później był już remis, ale Portland trafiło za trzy, gdy u nas zza łuku nie mógł trafić nikt… Lillard dołożył z pół dystansu na 1:15 do końcowej syreny czym zamknął mecz? NIE! W kolejnej akcji za dwa trafił Joel, Gospodarze mieli piłkę, rzucili niecelnie, ale mieli kolejną zbiórkę w ataku, znowu pudło i w kontrze trójkę po 114 trafia wreszcie Curry! 22.1 sekundy do końca meczu, piłka zboku dla Rip City. Zagrywka na izolację dla Lillard’a, ale mamy jeszcze jeden faul do oddania i na ostateczną akcję zawodnicy Stottsa mają tylko 5 sekund. Panika w ataku i kontrowersyjny faul Harris’a na Melo :O Weteran trafia z linii dwukrotnie i po przerwie mamy 3.1 sekundy na co najmniej doprowadzenie do dogrywki. Piłkę z boku gra Simmons… i robi to w okropny sposób prosto w ręce ex-filadelphijczyka Roberta Covington’a. Przegrywamy 118:114, szkoda można było chociaż pograć 5 minut dłużej. Udało się ograniczyć straty, ale jakby dla przeciwwagi nie trafiamy za trzy i nie zbieramy pod własnym koszem.

Przegrywamy bodajże pierwsze spotkanie w tym sezonie, gdy wyszliśmy żelazną pierwszą piątką, kolejne w sobotę z Suns.