Milwaukee

Dziwaczny był to mecz – niemoc Bucks w pierwszej połowie, prowadzenie Sixers 19 punktami, odmiana losów gry w czwartej kwarcie, prowadzenie Bucks w końcówce, odrobienie straty dzięki serii 9-2 w ostatnich 40 sekundach i wreszcie dominacja Antetokounmpo w dogrywce.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, tym razem skończyła się seria sześciu kolejnych zwycięstw Philly. Bardzo szkoda, bo po pierwszej połowie tego meczu, rozgrywanego niemal w intensywności play-offs, zapowiadał się inny scenariusz. Zapewne cieszą się Nets, którzy zrównali się bilansem z Sixers (28-13).

Spotkanie zaczęło się od bardzo wyrównanej gry i wymiany ciosów, czyli dokładnie tak jakby można się spodziewać, gdyby Joel Embiid był na parkiecie. Sixers jednak finalnie okazali się być wciąż w fazie niesamowitej defensywy, którą zaprezentowali w ostatniej kwarcie wcześniejszego meczu z Knicks, ostatecznie zatrzymali więc Bucks na zaledwie 18 punktach, sami zdobywając 25.

Druga kwarta to dalsza dominacja filadelfijskiej obrony, chociaż trzeba przyznać, że niezdarność Bucks w ataku także zrobiła swoje (spudłowanie 10 pierwszych rzutów!). Sixers w ofensywie również nie błyszczeli, ale przy tak złej formie rywali dali radę powiększyć przewagę do 35-20. Kiedy zaczęli tracić skuteczność, przerwa na żądanie pomogła i ostatecznie do szatni schodzili prowadząc 45-31.

Statystyka meczu: Bucks, przewodzący NBA w punktach, w pierwszej połowie przeciwko Sixers trafili 12 rzutów, popełnili 13 strat i mieli skuteczność 26%.

W trzeciej kwarcie niewiele się zmieniło. Bucks zaczęli grać lepiej i wreszcie trafiać za trzy (chybione 19 z pierwszych 20 rzutów zza łuku!), a Sixers nieco odpuścili pilnowanie dystansu, ale wciąż kontrolowali wynik. Dopiero w końcówce kwarty przy grze rezerw, przyjezdni po raz pierwszy od początku spotkania zmniejszyli stratę do jednocyfrowej (65-74).

Niestety w czwartej ćwiartce role się odwróciły. Sixers zaczęli grać indywidualnie, bez pomysłu, seryjnie pudłując trójki (Mike Scott 5 niecelnych rzutów w drugiej połowie, serio? Ściągać go z boiska i wpuścić Thybulle’a do pilnowania Antetokounmpo!). Obrona też zniknęła, goście z Milwaukee mieli otwartą drogę pod kosz. Na dodatek Curry opuścił parkiet z kontuzją kostki, ale uraz nie wyglądał na poważny. Po 3.5 minutach gry Bucks zremisowali po – jak na ironię – 76. Kolejne akcje to wyrównana gra aż do końcówki. Kiedy na 1.13 minuty do końca layupa trafił ex-filadelfijczyk Jrue Holiday, który 20 sekund później rzucił też trójkę, na tablicy było 91-84 dla jego zespołu, 53 sekundy do syreny i wydawało się, że już po meczu. Ale hej hej, to jest NBA!

Sekwencja kolejnych zdarzeń wyglądała następująco: trójka Miltona, przechwyt Simmonsa, trójka Greena i już tylko 91-90. Dla Bucks trafił Middleton, którego obrońcy nie zdążyli faulować. Zostały 3 sekundy na zegarze. Finałowa akcja Sixers, na parkiecie sami strzelcy i Simmons (sorry, Ben!). Piłka trafia do Furkana Korkmaza, który w narożniku łatwo gubi obrońcę. Kozioł i pach! Trójka na 0.4 sekundy przed syreną zapewnia dogrywkę!



Ale o ile początek dodatkowego czasu gry zapowiadał równie duże emocje, to dogrywkę szybko przejął “Greek Freak”, który rzucił w niej 10 punktów, w tym kluczową trójkę na półtorej minuty do końca. Sixers nie mieli już na to odpowiedzi i w pierwszym starciu tych zespołów to goście z Milwaukee byli górą. Można się tylko pocieszać walką mimo nieobecności kontuzjowanego Embiida i Curry’ego, który już do gry nie wrócił. Ale szkoda prowadzenia z pierwszej połowy, w której “Kozły” ofensywnie wyglądały fatalnie, a ostatecznie w całym meczu to oni mieli minimalnie lepszą skuteczność z gry (40% do 39%).

Siedmiu zawodników pokonanych zakończyło mecz z dwucyfrowym dorobkiem, w tym Harris (19 punktów, 9 zbiórek), Green (18 punktów – 6/14 za trzy), Milton (15 punktów), Simmons (32. w karierze triple-double 13/10/12 oraz trzecia w sezonie trójka na zakończenie dogrywki) i Howard (13 punktów, 15 zbiórek).