Pierwsze zmiany w wyjściowym składzie, w którym pojawili się Nik Stauskas i Robert Covington, od razu zaoowocowały sporą niespodzianką. Nie, nie udało się pokonać Cavaliers, ale Sixers nie tylko byli blisko, ale także zagrali naprawdę dobre spotkanie, przyjemnie się ich ogladało i pokazali, jaki drzemie w nich potencjał.

Początek meczu zaczął się źle, wraz z 7 kolejnymi pudłami. Ale Sixers dzielili się piłką, ładnie rozciagali boisko i jak tylko zaczęli trafiać, bez trudu wyszli na kilkupunktowe prowadzenie. Pod koniec kwarty przewaga sięgnęła ponad 15 punktów i chociaż przed przerwą zmalała do 5 oczek, to Sixers wyraźnie dominowali.

Niestety po zmianie połów cuda się skończyły, a Cavaliers doświadczeniem i wyrachowaniem pokazali, że czas Sixers jeszcze nie nastał. Pod koniec trzeciej kwarty to prowadzenie gości wynosiło już ponad 15 punktów i tylko dzięki odrodzeniu rezerwowych zawodników w finałowej kwarcie, wynik ostatecznie wygląda dużo lepiej.

Świetnie zagrał duet podkoszowców. Noel i Okafor byli aktywni w ataku, potrafili mieć serie punktowe w ważnych momentach i dominować nad rywalami. Pierwszy zdobył 14 punktów, 8 zbiórek i 3 bloki, a drugi 24 punkty i 3 zbiórki. Okafor chętnie wchodził w pojedynki z Kevinem Love, trafiał także z dala od kosza i udowodnił, że jest najlepszym ofensywnym zawodnikiem gospodarzy. Szkoda tylko, że zapomina często o obronie, a nawet o zbiórkach.

Być może na największe brawa zasługuje jednak debiutant T.J. McConnell (6 punktów, 7 zbiórek, 12 asyst i żadnej straty w 23 minuty!) który był wszędzie na parkiecie, włożył w grę mnóstwo energii i swietnie dogrywał, zwłaszcza do centrów. Sixers prowadzili, gdy on był na parkiecie, a stracili przewagę w trzeciej kwarcie, gdy McConnell odpoczywał.

Kolejny mecz już jutro w Milwaukee.