Boston

Philadelphia 76ers przegrała z Boston Celtics w drugim meczu drugiej rundy play-offs. Gospodarze postawili twarde warunki, podobnie jak w pierwszym starciu. Konsekwentną grą jak na razie pewnie zmierzają do finałów konferencji.

Zawodnicy obu drużyn weszli w spotkanie jakby trochę nerwowo, czego efektem były nietrafiane łatwe rzuty z jednej i drugiej strony parkietu. Pewną ręką dysponował jedynie J.J. Redick, który trafił swoje pierwsze trzy próby, zmuszając gospodarczy do wzięcia szybkiej przerwy przy wyniku 8:0. Po niej “działa” się odblokowały i spotkanie rozpoczęło się na dobre. Już w pierwszej akcji, po wejściu na parkiet przy owacji całej hali, swój powrót zaznaczył Jaylen Brown, kończąc kontrę gospodarzy dunkiem. Gdy w połowie kwarty wydawało się, że Celtics już opanowali sytuację i doszli Sixers na jeden punkt, “Szóstki” znowu podkręciły tempo i odskoczyły na kilka oczek. Ostatecznie pierwsza kwarta zakończyła się prowadzeniem 31:22, a co przede wszystkim cieszyło, to powrót formy zza łuku (4 trafienia przy 6 próbach).

Na początku drugiej ćwiartki Sixers dalej świetnie realizowali zalecenia trenera Browna, grając twardo i nie dając tym samym okazji gospodarzom na odrabianie strat. Po 5 minutach gry różnica wynosiła już 21 punktów, a koncertowo spisywał się Covington trafiając trójki i świetnie broniąc po drugiej stronie parkietu. Niestety od tego momentu coś się zacięło, pojawiły się łatwe straty, niepotrzebne próby zza łuku, a gospodarze niesieni przez publiczność odrobili większość strat, przez co druga połowa rozpoczynała się od stanu 56:52.

Po zmianie stron, obraz gry specjalnie się nie zmienił. Gospodarze doprowadzili do remisu, by zaraz potem wyjść na prowadzenie. Wciąż niewidoczny był Simmons, który miał zaledwie jeden punkt na swoim koncie, a Sixers dali się wciągnąć w nie swoją grę. Gdy na parkiecie nie było Embiida, jedynymi zagrywkami były rzuty z dystansu po jednym-dwóch podaniach. Rzuty, które nie trafiały do celu. Naprawdę ciężko jest czasami zrozumieć czym kierują się nasi zawodnicy oraz sztab trenerski… Trzecią kwartę przegraliśmy 19:28 i z 4 punktową stratą przystępowaliśmy do ostatnich 12 minut meczu.

Początek 4Q okazał się obiecujący, bo wyszliśmy nawet na prowadzenie 82:81. W miejsce bezproduktywnego tego wieczoru Simmonsa wszedł T.J. McConnell, który trochę rozruszał grę Philadephijczyków. Wróciły celne trójki, miedzy innymi Covingtona i Embiida, lepiej wyglądała też obrona. Na sześć minut do końcowej syreny na tablicy widniał wynik 91:88 dla przyjezdnych, którzy notowali zryw 11 do 2. Wtedy na parkiet powrócił Simmons i gra znowu stanęła, co Boston skrzętnie wykorzystał trafiając dwie trójki z kolei. Problemy z faulami ograniczały Embiida w obronie, a brak pomysłu ograniczał całą drużynę w ataku. Efektem tego, odrobienie strat było już niemożliwe i doprowadziło do ostatecznej klęski 103:108.

Przegrywamy w moim odczuciu (i myślę, ze nie tylko moim) w pełni zasłużenie. Celtowie pomimo mniejszych umiejętności, poza początkiem spotkania, zmiażdżyli nas taktycznie. Potrafili zareagować na wydarzenia boiskowe i nie opierali wszystkiego na tylko jednym aspekcie gry. Wygląda to tak, jakby Sixers myśleli, że wygrana w tej serii im się należy z urzędu i nie muszą nic robić by przejść dalej, a jak widzimy tak nie jest. Jeżeli trener i sami zawodnicy nie zmienią tego podejścia, a przede wszystkim nie zaczną myśleć na boisku i w przerwach, to ten sezon może skończyć się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał jeszcze kilka dni temu…