Charlotte

W świąteczną niedzielę Sixers przystąpili do meczu przeciwko Hornets osłabieni brakiem nie tylko najlepszego gracza, Joela Embiida, ale również rewelacyjnego w ostatnich meczach Dario Sarica, który skarżył się na bóle w lewym barku.

Hornets to drużyna słabsza, która już nie liczy się w walce o Play Offs, jednak biorąc pod uwagę absencję  podkoszowych Szóstek to Kemba Walker z Howardem i spółką stanowili poważne zagrożenie, a porażka mogła skomplikować Sixers walkę o trzecią pozycję w konferencji.

76ers stanęli na wysokości zadania i pokazali się z bardzo dobrej strony. Zagrali jak drużyna, która ma dużo innych opcji na wypadek nieobecności swoich liderów. Nie było Embiida, nie było Sarica, ale przecież na posterunku był Ben Simmons (otoczony plejadą strzelców robiących to, co do nich należy) dla którego “triple double alerts” stają się codziennością.

Sixers szybko objęli prowadzenie, jednak po pierwszych 12 minutach to Hornets schodzili z parkietu z przewagą jednego punktu.  W kolejnych odsłonach ostatecznie to Phila grała swój basket, a gospodarze nie potrafili znaleźć sposobu na trafiających zawodników gości. Pomimo usilnych starań graczy Hornets z Malikiem Monkiem na czele (który rozkręca się z meczu na mecz; dzisiaj rzucił 16 pkt) ani razu nie byli w stanie realnie zagrozić Szóstkom. Ben Simmons ponownie otarł się o TD gromadząc 20 pkt (58% z gry), 8zb., i aż 15 asyst. Na medal spisał się Marco Belinelli, który trafiał wszystko i w każdy możliwy sposób. Jedyny rzut którego nie trafił to buzzer beater z połowy boiska, reszta jego rzutów wpadała do kosza jak zaczarowana. Kawał dobrej włoskiej roboty!!!! Marco rzucił 22 punkty trafiając 9 z 10 rzutów. Wyróżnić należy także Ersana Ilyasove, który godnie zastąpił Sarica w wyjściowym składzie i rzucił 16 pkt na ponad 60% skuteczności. J. J. Redick po prostu robił swoje rzucając 20 pkt (5 z 8 trójek).

Hornets nie wykorzystali nieobecności Joela, czego dowodem jest zaledwie 10 pkt zdobytych przed Dwighta Howarda, który tę skromną zdobycz okrasił również 10 zbiórkami, natomiast lider gospodarzy – Kemba Walker – nie potrafił złapać swojego rytmu i rzucił ledwie 10 pkt. trafiając tylko 2 rzuty z gry. Najlepszymi strzelcami Hornets byli wspomniany Monk i Michael Kidd-Gilchrist – zdobywcy 16 pkt.

Sixers wygrali ten mecz różnicą 17 punktów i  była to ich 10 wygrana z rzędu, co ostatnim razem miało miejsce w sezonie 2000-2001, gdy Sixers pod wodzą Allena Iversona dotarli do finałów NBA. Najbardziej jednak cieszy mnie fakt, że Sixers już nie przegrywają wygranych meczów i potrafią radzić sobie bez swojego lidera. Po tej wygranej Phila ma dokładnie taki sam bilans (46-30) jak zajmujący 3. miejsce w konferencji Cavs, więc szanse na wskoczenie o jedną pozycję są naprawdę realne. Szczególnie, że przed Philadelphią bezpośrednie starcie z Cleveland. Nie lada wyzwaniem dla osłabionych Sixers będzie pokonać odzyskujących formę kawalerzystów z LBJ-em na czele, jednak trzeba walczyć, bo stawka jest wysoka. Embiidowi życzmy szybkiej kuracji i pełni gotowości na Play Offs, bo tam będzie drużynie potrzebny jak tlen!