Charlotte

Dzisiejszej nocy Sixers rozegrali już trzecie spotkanie w tym sezonie z Charlotte Hornets, tym razem grając na wyjeździe. Kemba Walker rozgrywa niesamowity sezon i w każdym z poprzednich spotkań zdobywał ponad 30 pkt, więc wiadomo było, że w meczu przed własną publicznością nie będzie chciał zwalniać obrotów. Tak też było, Walker rzucił Szóstkom 60 pkt, ustanawiając tym samym rekord kariery i klubu.

Cały mecz miał już bardzo dobrze nam znany scenariusz. Bardzo dobry, niemal bezbłędny początek, wysokie prowadzenie, a następnie po zmianie połów również zmiana ról i topniejąca w oczach przewaga – to już wygląda jak rutyna w wykonani drużyny z Philadelphii. Kiedy w 3. kwarcie na parkiecie szalał Kemba, a Sixers wykazywali się głównie nonszalancją, brakiem pomysłu i statecznością, wiedziałem, że szykuje się thriller w końcówce.

4. kwarta to już istne szaleństwo Kemby oraz zespołowa gra Philadelphii. Ważne trójki trafili Shamet i Muscala, Butler akcją 2+1 przypomniał, że nie tylko defensywa to jego specjalność, a Embiid i Chandler dostarczyli ważnych punktów z rzutów osobistych. Ostatecznie to Sixers mieli szanse w końcówce na wygranie meczu, jednak Jimmy nie trafił fadeaway’a po dobrej indywidualnej akcji.

Przed dogrywką pomyślałem “Czy można wygrać mecz po dogrywce, na wyjeździe, gdzie lider gospodarzy w 40 minut rzuca 58 pkt?”. Na odpowiedź musiałem poczekać kolejne 5 minut. Dogrywka pokazała, że doświadczeni weterani w takich momentach są nieocenieni. Wobec niemocy strzeleckiej Joela Embiida, którego źródłem punktów w 2. połowie były niemal wyłącznie rzuty wolne i cichego wieczoru Butlera, sprawy w swoje ręce wziął JJ Redick, który zdobył szybkie 5 pkt i tchnął w Sixers nowego ducha. Jednak to nie on został bohaterem wieczoru. Został nim nie kto inny jak nowy nabytek Philly – Jimmy Butler – który trafił trójkę niemal równo z syreną i zaoszczędził Sixers kolejnych 5 minut gry. Zanim jednak tego dokonał, wspiął się na wyżyny defensywnego rzemiosła i pokazał wszystkim oglądającym mecz jak się BRONI!! Najpierw dokonał pięknego bloku na wjeżdżającym pod kosz Walkerze, który już oczami wyobraźni widział piłkę lądującą w koszu, a chwile później nie dał się minąć Walkerowi, który wobec tak dobrej defensywy próbował sprzedać faul, którego sędziowie nie kupili, a cała akcja zakończyła się blokiem i stratą.

Nie jest ważne, że Jimmy trafił zaledwie 36% swoich rzutów, nie jest ważne, że dał sobie rzucić 60 pkt, ważnym jest to, że potrafił zastopować gracza nie do zastopowania w 2 najważniejszych akcjach, a chwile później wbić soczystą trójkę dającą zwycięstwo swojemu zespołowi. Nic więc dziwnego, że przy takiej skuteczności i zdobyciu 15 punktów to właśnie Jimmy został MVP meczu.

 

W drużynie gospodarzy najlepsze spotkanie rozegrał oczywiście Kemba Walker, który mi przypominał czasy, gdy po parkietach NBA biegał Iverson, który równie skutecznie plątał nogi obrońców. Kemba ostatecznie uzbierał rekordowe 60 pkt trafiając 21 z 34 rzutów. Na wyróżnienie zasługuje również Jeremy Lamb, który rzucił 20 pkt i wykonał kluczową akcję 2+1 na dogrywkę.

Po stronie Sixers najlepszym strzelcem był nie kto inny jak Embiid (33 pkt, 11 zb.), który jednak miał problemy ze skutecznością w drugiej połowie, jednak trafiał ważne rzuty wolne. Najlepszy mecz w sezonie rozegrał Ben Simmons zdobywca 23 pkt, 11 zb. i 9 as., jednak jak już wspomniałem, dzięki wspaniałej postawie w dogrywce to Jimmy został “player of the game”, zupełnie zasłużenie w mojej ocenie.