Sixers – Nets 123:110

Sixers zagrali tak, jak powinni ze średniakiem pokroju Nets, czyli dominując w każdym miejscu na parkiecie. Szkoda, że potrzeba było dwóch kompromitujących porażek, żeby tego typu sportowa złość obudziła się w naszych zawodnikach. “Zamiast przesadnie skupiać się na rywalach, powinniśmy skoncentrować się na naszej grze” – powiedział przed spotkaniem Jimmy Butler i to najwyraźniej przyniosło efekt.

Już od pierwszych akcji gospodarze ruszyli “z kopyta”, osiągając błyskawicznie większą przewagę, której nie oddali do końca meczu. Szalał Joel Embiid, który po 5 minutach gry na swoim koncie miał już 14 punktów i 3 trafione trójki! Jednak wszyscy jego koledzy wyglądali tak naprawdę kosmicznie, grali agresywnie, szybko, z pomysłem i niesamowitą energią, a jednocześnie lekkością. Nawet Boban Marianović postanowił w 8 minucie oddać rzut za trzy i… nothing but net! Po jego drugiej w karierze trójce Sixers prowadzili 27-13! Ta energia musiała z czasem opaść, ale przez całą pierwszą połowę dominacja Sixers widoczna była gołym okiem.

Jedyny niebezpieczny moment meczu mieliśmy po przerwie, kiedy Nets doszli rywala na sześć punktów za sprawą zespołowej gry i nieporadności filadelfijczyków (71-65 po 4 minutach gry tej kwarty). Na szczęście na tym się skończyło; już 2 i pół minuty poźniej Embiid i Tobias Harris wyprowadzili swój zespół na 14 oczek przewagi. Do ostatniego gwizdka goście nie byli w stanie zejść poniżej 10 punktów straty, tym samym Sixers pewnie odnieśli swoje 48. zwycięstwo w sezonie.

Na koniec tradycyjnie rzut oka na statystyki: Joel Embiid odleciał znowu w kosmos, będąc autorem 39 punktów, 13 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty i 1 bloku w zaledwie 27 minut gry! To dziwne, że nazwiska Kameruńczyka nawet nie wymienia się wśród kandydatów do nagrody MVP, kiedy jest on dominującym centrem w lidze i najlepszym zawodnikiem trzeciego zespołu na Wschodzie. Ponadto J.J. Redick dodał 18 punktów, a Boban Marjanović i Ben Simmons uzbierali po 16 punktów (ten ostatni także 8 asyst).

Sixers bez wyraźnego powodu znowu grali w dziewiątkę i o ile Shake Milton dostał aż 16 minut gry i wypadł całkiem nieźle, to parkietu nie powąchali Bolden, Smith czy Ennis III. Trener Brown woli najwyraźniej zgrywać swój skład, niż odpoczywać nim przed zbliżającymi się wielkimi krokami play-offs.

Kolejny mecz w sobotę w Minnesocie, kiedy spotkamy się ze starym kumplem Dario Saricem! “Będą na mnie buczeć. Nie będę wam kłamał, będąc tam sam na siebie bym buczał. I to całkiem nieźle bym siebie wybuczał” – twierdzi Jimmy Butler.