Toronto

Spotkanie jeszcze przed swoim rozpoczęciem straciło mocno na znaczeniu, bo po wygranej Indiany z Rockets poznaliśmy pełne zestawienie tegorocznych par pierwszej rundy playoffs. Sixers plasując się na bardzo rozczarowującym szóstym miejscu zmierzą się z Boston Celtics.

Mecz z Torronto trzeba było jednak rozegrać i nawet pomimo braku stawki, do pierwszej piątki powrócili Embiid, Harris, Horford i Richardson, którzy pauzowali poprzedniego dnia w starciu z Suns. W pierwszej kwarcie błyszczał ten wymieniony jako drugi – Tobias uzbierał w niej 10 oczek, a w następnej dorzucił jeszcze 7. Formalni gospodarze tego spotkania, jakimi byli gracze Bretta Browna, wyrobili sobie już na początku kilkunastopunktową przewagę i wieźli ją aż do końca pierwszej połowy, która zakończyła się wynikiem 62:55. Podczas jednej z przerw szkoleniowiec filadelfijczyków chwalił ich za bardzo dobrą grę, nawet pomimo 11 strat. Ciężko było się nie zgodzić, bo Raptors na wodzie utrzymywał jedynie szalejący w drugiej kwarcie Lowry. Zawodnik rodem z Phiily korzystał nawet ze swoich umiejętności aktorskich, padając magicznie na parkiet po mikro-kontaktach z przeciwnikami, czy robiąc niepostrzeżenie, dla arbitrów nieprzepisową ilość kroków, w ostatniej akcji pierwszej połowy.

Zaraz po przerwie dowiedzieliśmy się, że na parkiet nie wróci już Joel Embiid, który trafił wcześniej zaledwie raz z gry. Nasuwa się pytanie, dlaczego Kameruńczyk w ogóle zakładał dzisiaj na siebie trykot? W każdej przerwie pierwszej części gry wracał z bólem do masażysty. Czy naprawdę jego 13 minut tego wieczoru było warte ryzykowania w meczu o nic? Przecież dopiero co, kilka dni temu straciliśmy już jednego lidera. Bardzo ciekawi mnie jak wytłumaczą to tęgie głowy naszego sztabu szkoleniowego.

Wracając jednak do przebiegu spotkania, to zaraz po powrocie z szatni inicjatywę przejęli Raptors, szybko wychodząc na prowadzenie. Od tego momentu, przez całą trzecią ćwiartkę, toczyła się gra punkt za punkt, a prowadzenie kilkakrotnie przechodziło z rąk, do rąk. Ostatecznie to “goście” zaczynali czwartą kwartę prowadząc 90 do 88. W niej jednak ciężar zdobywania punktów wziął na siebie Korkmaz (ostatecznie 21 oczek). Na pięć minut przed końcem meczu mieliśmy 10 punktów przewagi, trzeba jednak zaznaczyć, że na parkiecie znajdowały się już głębokie rezerwy, z jednej i drugiej strony. Tą przewagę udało się jeszcze roztrwonić, bo Toronto zwyciężyło w całym spotkaniu 121:125 . Na osłodę jednak fajnie było zobaczyć ławki obu drużyn, które zamieniły się w prawdziwe grupy kibicowskie, szalejące i drażniące się z przeciwnikami, po każdej akcji.

Następne spotkanie przeciwko Rockets za dwa dni.