Sixers – Warriors 117:120

Dzisiejszej nocy Golden State Warriors mieli okazję zrewanżować się za ostatnią porażkę drużynie z Philadelphii i ostatecznie po bardzo emocjonującym pojedynku sztuka ta im się udała.

Sixers przystąpili do meczu mocno osłabieni brakiem swojego lidera, Joela Embiida (który jeszcze odpoczywa po problemach z lewym kolanem), jego zmienika (kolosa rodem z Serbii) Bobana Marjanovica oraz Amira Johnsona. Wobec braku wymienionych graczy gospodarze przystąpili do spotkania mocno osłabieni w strefie podkoszowej, a zestawiając ten fakt z coraz lepiej grającym Demarcusem Cousinsem przed Sixers stało nie lada wyzwanie. Warriors natomiast grali bez Klaya Thompsona.

Zawodnicy Philadelphii mecz rozpoczęli bez kompleksów, szybko wychodząc na prowadzenie. Ben Simmons odważnie atakował kosz rywali, Tobias Harris na różne sposoby dziurawił obręcz GSW, a główne strzelby gości nie potrafiły złapać odpowiedniego rytmu. Jonah Bolden natomiast dobrze radził sobie z Cousinsem. Wszystko w efekcie zaowocowało prowadzeniem po pierwszej połowie 67:55. Ben Simmons rzucił w tym czasie aż 18 pkt a Harris 16. Bardzo dobrą zmianę dał jak zwykle TJ oraz Mike Scott, który gra coraz lepiej i w mojej ocenie jeżeli utrzyma formę to po powrocie Joela może okazać się świetnym uzupełnieniem dla naszego centra.

Jak to już wielokrotnie w tym sezonie bywało problemy zaczęły się w trzeciej kwarcie. Scenariusz był niemal identyczny jak w wielu innych meczach, gdzie w 3 kwartach Sixers tracili wypracowane kilkunastopunktowe prowadzenie. Niecelne rzuty, nonszalanckie podania i niewymuszone straty zaowocowały wynikiem 38:23 w trzeciej kwarcie dla przyjezdnych. Kevin Durant i Steph Curry oczywiście mieli w tym swój niemały udział, jednak Cousins łapał rytm i widać było, że zaczyna dominować w pomalowanym, co z kolei nie wróżyło nic dobrego na ostatnią część spotkania.

Ostatnia część spotkania to już wymiana ciosów, prowadzenie wielokrotnie się zmieniało, a Sixers mieli duże szanse na wygraną głównie za sprawą Mike Scotta, który trafiał z dystansu raz za razem. W tej kwarcie ciężko jednak było znaleźć odpowiedź na Cousinsa, który zbierał po niecelnych rzutach, kończył akcje 1 na 1 i często stawał na linii rzutów wolnych. W tej kwarcie widać było lukę jaką zostawili po sobie nieobecni  Joel i Boban. W końcówce meczu pojawiła się spora szansa na wygraną, gdy TJ w swoim stylu wywalczył piłkę dla Sixers przy wprowadzaniu jej do gry przez Warriors, jednak faulowany Simmons po trafieniu pierwszego wolnego i przy stracie 2 punktów zaryzykował i celowo spudłował drugi rzut licząc na zbiórkę i punkty, jednak piłka nie dotknęła obręczy i goście odzyskali posiadanie. Później trafiał za 3 pkt jeszcze Tobias, ale to było już za późno, żeby wyrwać wygraną.

Ostatecznie po zaciętym pojedynku z aktualnymi mistrzami, Sixers musieli uznac wyższość Golden State i przegrali cały mecz 120 do 117. Przegrana nie zmienia jednak faktu, że Phila zaprezentowała się bardzo dobrze, szczególnie biorąc pod  uwagę skalę osłabienia z jaką musieli sobie radzić w tym spotkaniu oraz klasę przeciwnika.

Ben Simmons zaliczył bardzo dobry występ notując triple double 25/15/11, swoje dorzucili Butler i Harris (21 i 20), jak juz pisałem bardzo dobrze zagrał Mike Scott, który zdobył 22 pkt. (6/9 za trzy pkt). Po raz kolejny zabrakło wsparcia ze strony Redicka, który od kilku meczów nie potrfi trafiać na swoim poziomie. Miejmy nadziej, że powrót Joela to zmieni.

Kolejny mecz przeciwko Magic we wtorek.

Statystyki do meczu:

https://watch.nba.com/game/20190302/GSWPHI