San-Antonio

Brett Brown miał wczorajszej nocy najlepszą w karierze szansę pokonania swojego mistrza, Gregga Poppovicha, ponieważ prowadzeni przez niego Spurs są najsłabsi od lat.

Tyle na papierze, a w rzeczywistości to Spurs łatwo przejechali się po rywalach, dzięki czemu wrócili do dodatniego bilansu (16-15), podczas gdy Sixers (20-12) przegrali po raz 3 w ostatnich 4 spotkaniach i już bardzo niewiele im brakuje do spadku na piąte miejsce w tabeli konferencji. Bez niespodzianki – przewidywalna i ograniczona gra ofensywna, słaba obrona zespołowa i brak widocznego wsparcia z ławki to główne przyczyny porażki.

Pierwsza kwarta należała do Sixers, którzy po świetnym początku prowadzili nawet 9 punktami i ostatecznie okazali się lepsi 32-29. Duża w tym zasługa Embiida i Redicka, którzy rzucili w tej części gry po 9 punktów.

Niestety tylko 12 minut zajęło Gregowi Poppovichowi rozpracowanie przeciwnika. Nieobecność Embiida i bezsilność filadelfijskiej ławki sprawiły, że Spurs już na początku drugiej ćwiartki wyszli na prowadzenie. Indywidualne akcje, pudła za trzy punkty i niewykorzystywanie w akcjach ofensywnych Butlera tylko pogorszyły sytuację. Po kilku minutach drugiej kwarty Sixers na dobre stracili kontrolę nad meczem, tymczasem przewaga Spurs rosła systematycznie już do końca i ani razu nie byla zagrożona.

Wśród zwycięzców wyróżnili się Gay (21 punktów) oraz Aldridge i DeRozan (po 20 punktów). Dla Sixers po 16 punktów rzucili Simmons i Redick, a 13 punktów i 11 zbiórek dodał Embiid.