Chiny zakochane w koszykówce

Philadelphia 76ers właśnie wróciła z dwumeczu w Chinach, gdzie w ramach „preseason” zmierzyła się z Dallas Mavericks. Taki wysiłek na kilka dni przed startem sezonu regularnego nie wszystkim w lidze się podoba, biorąc pod uwagę odległości i różnicę czasu. Jednak podobnych akcji marketingowych NBA należy w przyszłości spodziewać się tylko więcej. Tak się składa, że sam nieco ponad tydzień temu wróciłem z wyprawy do Chin i odkryłem to, co władze NBA zauważyły już jakiś czas temu: ten kraj żyje koszykówką! To ogromny rynek dla wielu zagranicznych producentów, nie tylko czekolady, kawy, nabiału i podobnych produktów, do których Chińczycy dopiero się przekonują. To tak naprawdę atrakcyjna inwestycja dla każdego zachodniego biznesu, a więc także dla najlepszej koszykarskiej ligi świata.

 

MIEJSCA

W krajach, które dotychczas odwiedzałem, królowała piłka nożna. W Chinach dominacja koszykówki jest widoczna na każdym kroku. Przeciętne, średniej wielkości lub nawet mniejsze na tamtejsze standardy chińskie miasto, charakteryzuje się tym, że jest raczej paskudne, ma kilka wieżowców i jest większe od Warszawy. A także tym, że posiada pokaźną ilość ogólnodostępnych boisk do kosza.

Jedyne naprawdę małe wioski w jakich byłem (20-30 domów porozrzucanych w pobliżu drogi), znajdowały się w okręgu Guilin. Znacie je z charakterystycznych krasowych gór i rzeki Li, jednej z największych atrakcji turystycznych kraju. Wierzcie lub nie, ale każda z tych najmniejszych wiosek w Guilin posiadała niezłej jakości boisko do kosza! W Polsce chyba każda wieś posiada swój kościół, w Wielkiej Brytanii i Irlandii najmniejsza nawet wioska będzie miała przynajmniej jeden pub, a w Chinach najwyraźniej żadna nie obędzie się bez boiska do gry w kosza. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

Jest też w Państwie Środka inny rodzaj wiosek. Mam na myśli starożytne miasteczka o pięknej architekturze. Zabytkowe domy są pozamykane kłódkami i niszczeją, wszędzie walają się śmieci, gruzy, pośród których można odnaleźć fragmenty pięknych rzeźb, dachówek z czasów Dynastii Ming czy cegieł z Wielkiego Muru, którego fragmenty niegdyś rozbierano na budowę domów. W tych wioskach zostało już tylko kilku najwytrwalszych mieszkańców, najczęściej w podeszłym wieku. Reszta przeniosła się do większych miast w poszukiwaniu lepszego życia. Władze jednak odnawiają takie miejsca, zapewne dla turystów chcących zobaczyć „prawdziwe Chiny”. Odnawia się na dwa sposoby – skupiając się na małym fragmencie wzdłuż głównej ulicy, resztę zostawiając w gruzach, albo zaczyna odbudować losowy fragment, po czym z jakiegoś powodu zostawia wszystko niedokończone, porzucając na miejscu nawet nietknięte materiały budowlane. Dlaczego o tym wspominam? Często zdarza się, że jednym z elementów odnowionej części takiej wsi jest właśnie boisko do kosza. Z zardzewiałymi obręczami, zaśmiecone, wymarłe. Prawdopodobnie nikt tam nigdy nie grał. Wygląda to kuriozalnie. Smutniejsze są tylko niszczejące nieopodal zabytkowe budynki.

Chiny są pełne niespodzianek. Pekin. Plac Niebiańskiego Spokoju. Kierujemy się w stronę bramy, nad którą wisi słynny portret Przewodniczącego Mao. To wejście do Zakazanego Miasta. Te miejsca zna chyba każdy. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy pierwszą rzeczą jaką zauważyłem po przejściu przez bramę nie były słynne pomarańczowe dachy, tylko… kilkanaście przenośnych boisk do kosza, rozstawionych po obu stronach chodnika! Dopiero dalej są kasy biletowe i alejki do zwiedzania.

 

Niezłe miejsce na grę w basket? Czekajcie, mam lepsze! Żółte Góry – niesamowite formacje skalne, na zdjęciach wyglądają jak obrazy malowane na płótnie lub robota Photoshopa. To miejsce bardzo turystyczne, jedne z najczęściej odwiedzanych w Chinach. To oznacza obecność na szlaku górskim kilku ogromnych hoteli dla bogatych chińskich turystów. U nas te lepsze hotele często oferują korty tenisowe, tam największy posiadał… Tak, dobrze kombinujecie – podwójne boisko do gry w koszykówkę! Tym razem nie przespałem okazji i zrobiłem zdjęcie (gdy poranna, gęsta jak mleko mgła opadła, aż chciało się tam zagrać!).

 

LUDZIE

Chińczycy nie mówią po angielsku. Naprawdę. Nawet w największych miastach, nawet w informacji turystycznej czy szukając noclegu, nie jest łatwo znaleźć kogoś władającego językiem Szekspira. Czasem rodzice wysyłali do nas dzieci w wieku przedszkolnym, uczące się angielskiego, żeby porozmawiali z „native speakerem” (bo jak w Chinach jesteś biały, to musisz być Amerykaninem).

Raz jednak doszło do wyjątku – podczas kolacji zaczepiła nas dwójka 20-kilku letnich Chińczyków. To naród trochę jak Polacy – dumny ale też zakompleksiony – padały więc pytania o to, jak Chiny postrzegane są w świecie, co nam się podoba, a co mniej podczas naszej podróży. To był temat naszej rozmowy do czasu, aż jeden z Chińczyków, który przedstawił się nam jako Wolf, dowiedział się, że jestem fanem NBA. Od tego czasu nie mógł przestać mówić o koszykówce. O ile w konkursie wiedzy o Sixers bez problemu bym go pokonał, to jeśli chodzi o wiedzę o NBA – nie miałbym szans. Wolf pamiętał pierwsze piątki dawnych składów, czy zwycięzców poszczególnych serii play-offs sprzed kilkunastu lat. Twierdził, że Sixers będą jedną z najlepszych drużyn w nadchodzącym sezonie, ale przewidywał finał Warriors – Celtics i mistrzostwo dla Bostonu. Co mnie rozbawiło to fakt, że Wolf mimo sporej wiedzy i niezłego angielskiego, miał poważne problemy z wymówieniem nazwiska niemal każdego zawodnika (z Dirkiem Nowitzkim i Dwyane Wadem nie poradził sobie w ogóle, musiałem mu podpowiedzieć). I tak nieźle, jak na pierwszego lepszego Chińczyka, z którym rozmawialiśmy!

To, że koszykówka jest szalenie popularna w Chinach, widać też na ulicach dużych miast, czy w metrze. Więcej ludzi niż gdziekolwiek indziej nosi buty do kosza, bluzy z motywami koszykarskimi, a najczęściej t-shirty z graczami lub barwami klubowymi NBA. Zauważyłem, że najpopularniejsze są Golden State Warriors i wciąż z Michaelem Jordanem. Za to prawie w ogóle nie widziałem meczowych „jersey”, które mało kto nosi na co dzień.

Jeśli jednak myślicie już o wyjeździe do Chin na koszykarskie zakupy, to muszę ostudzić Wasz zapał – ceny nie różnią się tam od europejskich i amerykańskich. Można spróbować z podróbkami, które są zazwyczaj naprawdę dobrej jakości, ale tych związanych z NBA osobiście nie widziałem (chociaż zapewne po prostu nie wiedziałem, gdzie szukać).

Chiński Związek Koszykówki szacuje, że nawet 400 milionów Chińczyków gra lub interesuje się koszykówką. Szkoda, że z tak małą ilością z ich można o tym porozmawiać…

Myślę, że jeśli tam pojedziesz, to od razu poczujesz kosza, poczujesz tą pasję i zainteresowanie ze strony wszystkich tych zwariowanych kibiców. Fakt, jak tam przyjęli Jo i Bena świadczy najlepiej, jak bardzo jest to sport globalny – trener Brett Brown.

 

MARKETING

Klay Thompson to największa gwiazda NBA! Takie przynajmniej wrażenie można odnieść spacerując po centrach największych chińskich miast. Po powrocie do domu wyczytałem, że Klay podpisał kontrakt z chińską firmą sportową Anta, która dosłownie zdominowała Chiny. Firmowe sklepy Anty znajdziemy wszędzie, a w każdym z nich ogromna tapeta z Thompsonem. Obuwie Anty można też znaleźć w każdym innym, ogólno-sportowym sklepie, wraz z wielkimi plakatami Thompsona, który zerka na nas dosłownie zewsząd. Nic, tylko pogratulować mu rozgarniętego agenta.

Rzucają się w oczy także sklepy Nike z piłkami i innymi akcesoriami koszykarskimi. W wielu z nich cała wejściowa ściana jest zapełniona replikami wszystkich dotychczasowych modeli butów Jordana. Fani MJ’a byliby w siódmym niebie…

Widziałem też oczywiście sporo billboardów z miejscowym bogiem koszykówki, Stephonem Marburym, w towarzystwie różnych chińskich sportów (najprawdopodobniej jedna z nowych kampanii reklamowych). Raz czy dwa zauważyłem na billboardzie Tracy’ego McGrady’ego, który jak wiele innych wygasłych gwiazd NBA, po zakończeniu kariery w USA skusił się na grę w lidze chińskiej. Co ciekawe, tylko raz i to na prowincji, widziałem reklamę z LeBronem Jamesem. Jego billboard był największy ze wszystkich, ale na nim Król był jeszcze w uniformie… Miami Heat. Raz widziałem nawet Yao Minga, którego ledwo rozpoznałem. Z powodu samych chińskich „krzaczków” nie jestem pewien, co słynny center reklamował, ale prawdopodobnie były to materiały budowlane jakiegoś typu.

Tak, Chiny to fascynujący i specyficzny kraj. Z mojej wycieczki dowiedziałem się, że to również raj dla miłośników basketu! Dlatego nic dziwnego, że komisarz NBA Adam Silver walczy o chińskiego konsumenta, coraz więcej drużyn rozgrywa w tam mecze przedsezonowe i towarzyskie, a liga chińska przyciąga wielu obcokrajowców. To i tak dopiero początek!

 

A Wy byliście w Chinach lub w innym ciekawym kraju, w którym zauważyliście coś interesującego na temat koszykówki i NBA? Podzielcie się tym w komentarzach!

7 komentarzy

  1. WojtekHandi napisał(a):

    swietny artykul!!! nie ma co sie dziwic, ze nba organizuje tam mecze kilka dni przed rozpoczeciem sezonu ;)

  2. Mess napisał(a):

    Świetny artykuł! Bardzo zaskakujący, byłem świadom faktu zamiłowania tym sportem w Chinach, jednak nie miałem pojęcia, że odbywa się to aż na taką skalę.

    • Monty napisał(a):

      Dzięki. Jestem ciekawy, czy inni kibice kosza podobnie odbierają Chiny, zwłaszcza ilość boisk do kosza. Z drugiej strony podejrzewam, że we wschodnich, mniej rozwiniętych i zaludnionych Chinach jest zupełnie inaczej.

  3. matt napisał(a):

    Jako osoba mieszkająca w Chinach (Shenzhen) od ponad pięciu lat mam trochę głębszy wgląd w sytuację :)

    Koszykówka w Chinach jest wszędzie, lecz ilość nie idzie niestety w jakość. W pewnym momencie przestałem grywać z „lokalsami”, gdyż przeważnie nie ma to sensu. Pomijam fakt zamiłowania Chińczyków do gry na jeden kosz, nawet gdy mają 10 graczy, a całe boisko jest jakimś cudem wolne. Wypad na boiska (bo przeważnie jest ich więcej niż jedno) w godzinach wieczornych oznacza kolejkę kilku grup na każdej połowie.
    Najbardziej prawdopodobne są dwa scenariusze:
    1. Nikt nie potrafi grać. Pojawiają się ludzie w klapkach, w spodniach od garnituru i inne przypadkowe persony, z których każda głęboko wierzy że jest inkarnacją Koby’ego. Podanie piłki komukolwiek oznacza przeważnie, że możesz zebrać ją co najwyżej po cegle. Pojęcie obrony nie istnieje. Wszyscy poza tobą bawią się świetnie.
    2. Ludzie posiadają jakieś zdolności ale pojawia się problem jeśli zaczynasz łoić im skórę. Pojawiają się faule w momencie gdy tylko dotykasz piłki, by uniemożliwić oddanie rzutu. Naturalnie nikt nie rzuca osobistych, więc podawać z autu można do momentu, gdy piłka nie trafi w twoje ręce. Jeśli całości przygląda się dziewczyna/małżonka ogrywanego delikwenta, najlepiej od razu dać sobie spokój. Do głosu dochodzi tu kwestia „utraty twarzy”, ale to temat na osobny tekst.

    Naturalnie zdarzają się normalne grupy, lecz jest to niewielki odsetek. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest gra w międzynarodowym towarzystwie. Obecnie mam już 00:27, także nie chcę się przesadnie rozpisywać, szczególnie że to temat rzeka. Tekst o baskecie w Chinach popełnię kiedyś na swoim chińskim blogu :)

    • Monty napisał(a):

      Ooo dzięki za komentarz, zawsze ciekawie się czyta „insidera” ;-)
      Tacy ludzie wszędzie się trafiają, na boiskach w każdym kraju. Przynajmniej ktoś tam jest, bo ja wiele razy byłem na pustych i grałem z własnym cieniem. Kosze w Chinach wszędzie, ale ich drużyny zbyt dobre nie są, więc to co piszesz ma sens.
      Skoro mieszkasz w Shenhzen to udało Ci się zobaczyć Sixers?
      I śmiało zaspamuj z adresem bloga :D

      • matt napisał(a):

        Niestety u nas boiska do koszykówki przeważnie świecą pustkami i trzeba się zgadać z jakąś ekipą, żeby zagrać. Tutaj często boiska rezerwowane są z wyprzedzeniem i normalnie się za nie płaci (naturalnie jest mnóstwo darmowych). Zadaszone hale z kilkoma boiskami również nie są zjawiskiem niezwykłym. No i szkoły, które infrastrukturą sportową potrafią często zawstydzić AWF.
        Ludzie jak piszesz trafiają się wszędzie, jednak u nas obcokrajowiec nie jest traktowany na boisku w żaden szczególny sposób. Tutaj automatycznie stajesz się atrakcją i głównym celem.
        Niestety dostanie biletów na mecz graniczyło z cudem (sprzedaż zaczęto w którymś momencie lata i zeszły prawie momentalnie) i zorientowałem się za późno :( Pozostaje kiedyś pofatygować się do Philly i zobaczyć tam – kiedyś się uda :)

        Skoro zachęcasz i nie jest to odbierane jako zaśmiecanie forum bzdurnymi linkami: http://www.chimy.pl/
        Zapraszam :) Gdybyś jeszcze kiedyś wyjeżdżał do Chin, to daj znać :)

  4. Monty napisał(a):

    Fajny blog, dobrze się czytało, zwlaszcza o Zhangjiajie. Następnym razem dam znac, wyskoczymy razem pograć ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *