Chicago

Pierwsze trzy ćwiartki spotkania z Bulls to pełna dominacja gości z Philadelphii. Od pierwszych minut Sixers prowadzili kilkoma punktami, w drugiej kwarcie powiększyli przewagę do kilkunastu oczek, a trzecią zakończyli przewagą równo 20 punktów (83-63). Zawodnicy grali na luzie i mieli wyraźną frajdę, co przełożyło się na kilka ładnych wsadów i widowiskowych podań.

Kiedy wydawało się, że jest po meczu, Bulls zaatakowali w finałowej odsłonie. Gdy 20-punktowa przewaga zmalała do 13 oczek, Doc Rivers wziął czas, po którym jednak powrócił ze składem rezerwowym. Rywale odrobili kolejne punkty i przy tylko 7-punktowym prowadzeniu Rivers zdecydował się jednak postawić na starterów. Mimo to Bulls byli dalej na gazie i ostatecznie odrobili straty do zaledwie punktu (88-87). To oznacza, że po przegraniu trzech pierwszych kwart, czwartą rozpoczęli 24-5. Co za powrót! Na tym jednak koniec, najmocniejszy skład gości szybko zrobił porządek na parkiecie i dzięki serii 10-2 udało się wywieść dwucyfrową wygraną z Chicago.

Gorszy mecz rozegrał tym razem Joel Embiid (13 punktów – 4/13 z gry, 10 zbiórek, po 3 asysty i bloki), za to dużo lepiej spisali się Harris (21 punktów, 9 zbiórek – powrót do formy!) oraz Curry (20 punktów, po 4 zbiórki i asysty). Następne spotkanie w środę w Houston.