Corey Brewer – historia Pijanego Dryblera

Zagrał w jedynie trzech meczach, lecz swym zaangażowaniem zyskał sobie już sympatię lwiej części kibiców Sixers. Choć możliwe, że nie zabawi długo w Mieście Braterskiej Miłości, to mamy nadzieję, że odnajdzie tu swoje miejsce i pomoże ekipie Bretta Browna poradzić sobie z brakami defensywnymi. Przedstawiamy wam Pijanego Dryblera!

Cofając się do dzieciństwa Corey’a można znaleźć historię, która z kilkoma modyfikacjami nadawałaby się na hollywoodzki film – młody chłopak że wsi, który całe popołudnia spędzał jeżdżąc traktorem i pracując na polu, wręcz upokarzany w trakcie gry w koszykówkę przez starszego o 5 lat brata, odnajduje w sobie talent i zacięcie, by walczyć o marzenie niemal każdego chłopca i w końcu dostaje się do NBA.

Może nie miałem wielu rzeczy, które mieli rówieśnicy – super butów czy zabawek – ale mogłem wyjść na podwórko, pobawić się z psem, porzucać do kosza… To było wszystko czego potrzebowałem!

Tak w dużym skrócie wyglądało dzieciństwo tyczkowatego Brewera, który oprócz psa miał też innego pupila – kozę o imieniu Billy. Ciekawe, czy młody Corey zagrał kiedyś w koszykówkę przeciwko swojemu ulubieńcowi – byłaby to świetna okazja, żeby ograć GOATa, hehe (wybaczcie, musiałem, mnie śmieszy).

Pierwszy kosz do którego rzucał nowy zawodnik Sixers skonstruował dla niego ojciec, który był głównym adresatem pierwszego wielkiego wydatku Corey’a jako zawodnika NBA – kupna domu przystosowanego do wózków inwalidzkich, który był pilnie potrzebny ojcu po amputacji nóg. Dom, choć na poziomie, nie był duży – bezpodstawnemu marnotrawieniu pieniędzy sprzeciwiła się bowiem matka zawodnika.

Ale cofnijmy się znów o kilka lat, a dokładniej do zdarzenia, które na zawsze zdefiniowało Corey’a jako gracza. Idąc do szkoły średniej był jak prawie każdy chłopak w jego wieku – chciał po prostu zdobywać jak najwięcej punktów i bawić się grą! Inny pogląd na koszykówkę miał jednak jego trener, który bardzo szybko pokazał mu drzwi wyjściowe z sali mówiąc:

Nie bronisz – nie grasz.

Te proste słowa, jak się później okazało, wywarły decydujący wpływ na kształtowanie się Corey’a jako zawodnika. Zaczął trenować częściej niż inni, bił się o każdą piłkę i grał zawsze na granicy przepisów. Takiego zawodnika oglądamy właśnie dziś na parkietach NBA, a wszystko zaczęło się od coacha Kingtona, który dziś twierdzi, że trenowanie Brewera było dla niego prawdziwą przyjemnością.

 

Potem przyszedł czas na college, gdzie swingman w barwach Florida Gators spotkał dwóch utalentowanych podkoszowych, którzy stali się jego najlepszymi kumplami. Do dziś Gators z 2006 i 2007 roku są uważani za jedną z najbardziej utalentowanych drużyn w historii uniwersyteckiej koszykówki. Nic więc dziwnego, iż po trzech latach studiów Brewer i koledzy zostali wybrani (po wcześniejszym dwukrotnym zdobyciu mistrzostwa) w pierwszej dziesiątce draftu. Nazwiska Joakim Noah i Al Horford coś wam chyba mówią, prawda? Corey poszedł z numerem siódmym i opuścił coacha Donovana nie myśląc pewnie nawet, że będzie im jeszcze dane połączyć siły…

NBA jednak było gwałtownym zderzeniem z rzeczywistością, w której prawdziwą gwiazdą zostaje jeden na stu. W Timberwolves nie potrafił przebić się ponad rolę zadaniowca, a z czasem przestano w niego wierzyć, co poskutkowało transferem do Knicks, w którym był jedynie przystawką do Carmelo Anthony’ego w trójstronnym tradzie. Co ciekawe, w tej samej wymianie do Nuggets powędrował znany i lubiany Wilson Chandler! Wracając jednak do Brewera – został on zwolniony przez włodarzy Nowego Jorku od razu po wymianie i tak rozpoczęła się jego tułaczka po NBA…

9 sezonów (2010-2019) – 8 klubów. Z Knicks do Mavs, z Mavs do Nuggets, z Nuggets znów do Wolves, z Wolves do Rockets, z Rockets do Lakers… Corey zawsze był graczem, którego wyróżniała wnoszona na boisko energia, świetna defensywa indywidualna oraz nieprzewidywalność z piłką, lecz NBA zaczęła iść w kierunku dominacji rzutów za trzy, a w tym Pijany Drybler nigdy nie był najlepszy. I kiedy wydawało się, że kariera Brewera jest już na finiszu, pojawił się on:

To gracz, którego szczerze uwielbiam, aż do śmierci. Przeżyliśmy razem wiele niesamowitych chwil. Połączyć się w NBA z graczem z uniwerku to niecodzienna historia.

Billy Donovan nie wahał się ani chwili, gdy kontuzji doznał x-factor jego Thunder – Andre Roberson. Uznawany za czołowego defensora ligi (aczkolwiek pozbawionego zdolności ofensywnych) obrońca musiał zostać w ekipie Donovana zastąpiony graczem, który gryzie parkiet. Który pokryje graczy z pozycji 2 i 3 na najwyższym poziomie. I który nie będzie dla zagrożonego przepełnieniem budżetu OKC problemem.

Corey Brewer odnalazł się w tej roli doskonale. Nawet jego celność rzutów za trzy była najwyższa w karierze! 34% w 18 meczach przy prawie czterech próbach na spotkanie, pozycja startera ze średnią 28.6 minut, 10.1 punktu, 2.1 przechwytu i 3.4 zbiórki na mecz w sezonie regularnym przepełniało serca zrezygnowanych po kontuzji Robersona kibiców optymizmem przed play-offs. I choć Thunder ulegli ekipie Jazz 4:2 w pierwszej rundzie, to nikt nie obwiniał za to Brewera, który jak zwykle zostawiał swoje serce na parkiecie.

Dlatego zaskoczeniem był brak propozycji kontraktu dla Brewera w off-season. Z George’m w składzie, widmem powrotu Robersona w kolejnym sezonie, nadzieją na rozwój Fergusona i Abrinesa oraz wybraniem w drafcie Diallo zabrakło miejsca dla starzejącego się Corey’a, który w dużej mierze zawsze opierał się na swej motorycznej przewadze nad przeciwnikami, która niestety z wiekiem zaczęła słabnąć. Technicznie nigdy nie stał na wysokim poziomie – stąd wziął się jego przydomek Pijany Drybler, który nawiązuje do tego, jak kozłuje on piłkę. Nie jest to w żadnym wypadku książkowe operowanie pomarańczową – Corey momentami wygląda, jakby nie do końca wiedział, co robi.

Kocham grać w koszykówkę. Chciałem po prostu dostać kolejną szansę. Czuję, że zrobiłem wystarczająco w poprzednim roku, by zostać w drużynie. Czasem jednak rzeczy nie idą tak, jak powinny.

Na szczęście jednak drzwi do NBA nie zamknęły się dla Corey’a na dobre. Sixers zaoferowali mu 10-dniowy kontrakt, a sam Brewer nie patrzy na to, jak na 10-dniową przygodę:

Nie można tak na to patrzeć. Szansa jest szansą. Przybyłem tu, więc muszę pokazać, co potrafię.

10 dni to bardzo mało czasu. Dlatego Pijany Drybler nie przebiera w środkach i już zaczął zaskarbiać sobie sympatię nie tylko kibiców, ale i kolegów z drużyny niecodziennymi zachowaniami oraz zaangażowaniem, za które Wells Fargo Center nagradza jak żadna inna hala w NBA. Wystarczy spojrzeć na to, jak uwielbiany przez kibiców jest T. J. McConnell. I tak jak T. J. określany jest mianem glue-guy’a, tak nazywa się również sam Brewer:

Jestem glue-guy’em. Robię wszystkie te drobnostki i ciężko pracuję. Gram twardo i czuję, że to, jak Ben [Simmons] prowadzi grę, jest całkowicie w moim stylu.

Dla Corey’a jest to być albo nie być w NBA. A wszystkim w Philadelphii jest to bardzo na rękę, bo to oznacza, że Greyhound (jak również nazywany jest Brewer) nie odpuści i będzie walczył w każdej minucie swej obecności na parkiecie. A tego właśnie potrzeba nam najbardziej!

3 komentarze

  1. WojtekHandi pisze:

    super artykuł! czasami to zadaniowcy nadają charakter drużynie, nam go trochę brakowało do tej pory

  2. mick_jones pisze:

    Wydaje mi się że zostanie do końca sezonu a to oznacza, że z rotacji wypada Korkmaz. Chociaz biorąc pod uwagę jak często Butler jest poza grą obstawiam ze zarówno Brewer jak i Korkmaz dostaną jeszcze wiele minut w rs. Minęło jeszcze za malo czasu żeby ocenić jego realna przydatność, zeby zalapal wszystkie ustawienia i zagrywki pewnie będzie potrzebował kolejnego miesiąca ale na pierwszy rzut oka widac, że wnosi duzo energi i zdolności. Osobiście czekam na powrot naprawionego Fultza i mam wielką nadzieję ze to on będzie dla nas najwiekszym wzmocnieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *