Miami

Sixers przyjechali odwiedzić starego znajomego w Miami, by przypieczętować pierwsze miejsce w konferencji i prawdopodobnie ominąć spotkanie z Heat w playoffach.  Od samego początku było widać, że czeka nas trudne i wyrównane spotkanie, mniej więcej w połowie pierwszej kwarty, gospodarze zaczęli zyskiwać lekką przewagę. Sixers mieli problemy w ataku, gdzie jedyną bronią był na razie Harris. Co chwilę oddawaliśmy trudne rzuty przez ręce lub pod presją zegara. Miami za to dosyć łatwo wyprowadzali się na czyste pozycje zza łuku i powiększali przewagę. Na 1,5 minuty do przerwy traciliśmy już 15, a chętniej od punktów zbieraliśmy straty.

Zaraz na początku drugiej kwarty z boiska do szatni wyleciał Haslem po spięciu z Howardem. Marne to jednak było pocieszenie, gdy w statystykach nie mieliśmy żadnej trafionej trójki przez 20 minut gry. Heat nie dość, że trafiali z dystansu to jeszcze ogólnie na świetnym procencie około 70%, Sixers wpadała natomiast ledwo co trzecia próba. Efektem tego była około 20-punktowa przewaga gospodarzy przez całą drugą ćwiartkę. Byliśmy po prostu beznadziejni w każdym aspekcie koszykarskiego rzemiosła i do przerwy zasłużenie Miami prowadziło 60:41.

Spotkanie po rozmowach w szatni nie zmieniło niestety swojego obrazu. Co prawda Heat już nam dalej specjalnie nie odjeżdżali, ale też gracze Rivers’a nie mieli żadnych argumentów, by wrócić z wynikiem. Bardzo słabe spotkanie rozgrywał Embiid, notując chyba najgorszą linijkę w tym sezonie 6/2/1. Wobec braku jakichkolwiek perspektyw w ostatniej odsłonie meczu na parkiecie grali już tylko zmiennicy i lekkie zmniejszenie rozmiarów porażki zawdzięczamy dosłownie ostatnim kilku akcjom.

Kolejne spotkanie już dzisiaj z Magic, zwycięstwo daje nam jedynkę. A może jednak wrzucić Nets na Miami?