Utah

Utah Jazz to obecnie najgorętszy zespół NBA, który nie tylko legitymuje się najlepszym w lidze bilansem, ale także wygrał aż 18 z poprzednich 19 spotkań! Z drugiej strony stanęła Philadelphia 76ers, która zajmuje pierwsze miejsce w konferencji wschodniej, ale była po dwóch porażkach z rzędu. Na dodatek osłabiona brakiem Joela Embiida i Shake Miltona. Co mogło z tego wyniknąć? Tylko trzecia kolejna porażka, co zdarzyło się po raz pierwszy odkąd Doc Rivers objął stanowisko szkoleniowca 76ers. Mimo wszystko obejrzeliśmy emocjonujące widowisko i na pewno nie możemy mieć pretensji do tego, jak walczyli nasi ulubieńcy.

Pierwsza kwarta dawała nam nieco nadziei. Start 23-10 był możliwy głównie za sprawą Bena Simmonsa, który rzucił 8 pierwszych punktów swojego zespołu! Wystawienie Mike’a Scotta na centrze sugerowało small ball i szybką wymianę ciosów i to właśnie oglądaliśmy na parkiecie. Zaskoczeni Jazz pozwolili Simmonsowi rzucić rekordowe w karierze 19 punktów w tej tylko kwarcie i przegrywali po niej 35-42.

W drugiej kwarcie Simmons odpoczywał jednak przez 6 minut i w tym czasie gospodarze zdążyli wyjść na prowadzenie za sprawą serii 10-2. Powrót Australijczyka nie był udany, nie przedostawał się już tak łatwo w pomalowane i w tej ćwiartce zdobył tylko jeden kosz (tymczasem Harris dobił do 18 punktów). Schodząc do szatni Sixers przegrywali 66-72.

Po zmianie połów gospodarze przejęli kontrolę nad meczem, prowadząc niemal przez całą kwartę około 10 punktami. Dwoił się i troił Simmons, ale to nie wystarczyło na szalejącego Clarksona, który podobnie jak jego koledzy skutecznie trafiał zza łuku. Na osłodę zostało piękne podanie za plecami Korkmaza, który na chwilę zamienił się w Jasona Williamsa. Pamiętacie jeszcze “Białą Czekoladę”?

Sixers należą się jednak brawa za postawę w finałowej odsłonie, w której walczyli do samego końca. Zaczęli od serii 15-3, dzięki której po kilku minutach odrobili straty do zaledwie 4 oczek. I kolejna piękna asysta, tym razem w kontrze Thybulle podaje przez pół boiska do wbiegającego pod kosz Simmonsa! Jazzmani odpowiedzieli jednak błyskawicznie. Na niespełna 4 minuty przed syreną goście spróbowali ostatniego zrywu, odrabiając straty do 5 punktów. Tym razem dobił ich jednak nie Clarkson, a trafiający dwie trójki O’Neale. Ostatnie akcje nic już nie zmieniły.

MVP spotkania to oczywiście Ben Simmons, zdobywca 42 punktów, 12 asyst i 9 zbiórek. To punktowy rekord kariery Simmonsa i pierwsza taka linijka zawodnika Sixers od sezonu 1982/83. Tym samym przyćmiony został nieco Tobias Harris, autor 36 punktów i 10 zbiórek. Wyróżnię jeszcze Dwighta Howarda, który z ławki uzbierał 14 punktów i 12 zbiórek w 26 minut gry.

Mimo trzeciego z rzędu niepowodzenia, Sixers wciąż przewodzą konferencji wschodniej i w środę staną przed szansą przerwania tej serii, podejmując u siebie Houston Rockets.