Pacers – Sixers 96:120

Pierwszy egzamin z serii morderczych 12 spotkań zdany na piątkę! W tym meczu Sixers wyglądali rzeczywiście jak czołowa drużyna ofensywna (zajmują czwartą pozycję w lidze), tymczasem ich rywale zupełnie zapomnieli, że mają jedną z najlepszych defensyw w NBA. I to wszystko mimo faktu, że Joel Embiid grał z bólem w dolnej części pleców, Wilson Chandler nie był pewny występu, a Ben Simmons swoje pierwsze punkty zdobył dopiero w trzeciej kwarcie. Oby jak najwięcej takich występów Sixers w przyszłości, a nie tylko ze słabszymi rywalami, jak to było do tej pory!

 

Początek meczu nie zwiastował takiego obrotu sprawy. Pacers zaczęli od serii 7-0 i dopiero pięć punktów z rzędu Chandlera obudziło jego kolegów. Za sprawą lepszej skuteczności, zwłaszcza zza łuku, oraz świetnemu dzieleniu się piłką, goście szybko wyszli na minimalne prowadzenie, które utrzymali przez całą pierwszą połowę. Trzeba też wspomnieć o dobrej obronie – w całym meczu Turner i Oladipo zdołali trafić łącznie tylko 7 z 25 rzutów.

Po pięciu minutach trzeciej kwarty przewaga Sixers po raz pierwszy stała się dwucyfrowa, wtedy jednak momentalnie przypomniał o sobie Thad Young. Dwie trójki z rzędu byłego filadelfijczyka (27 punktów w całym spotkaniu!) i seria 8-0 rywali sprawiła, że kibice zapewne z przerażeniem zaczęli sobie przypominać o fatalnych trzecich kwartach Sixers. Ale nic z tego! Goście odzyskali dwucyfrowe prowadzenie niemal tak szybko, jak je stracili, a od pierwszych minut finałowej ćwiartki ich przewaga zaczęła pewnie rosnąć, czemu gospodarze mogli się tylko bezsilnie przyglądać.

 

To było ważne zwycięstwo, ponieważ ustawiło w odpowiedni sposób nasze podejście do tego, co czeka nas dalej. Zaczynamy już wszystko ogarniać ze sobą. Zrobiliśmy to w meczu przeciwko Minnesocie, to był dobry znak. Ale jak już mówiłem, to tylko dobry początek, mamy trudne mecze przed sobą, jestem tym podekscytowany – JOEL EMBIID.

 

Indywidualnie można pochwalić cały zespół. Najlepiej punktował Jimmy Butler (27 punktów, 5 zbiórek, 8 asyst), który od początku wziął ciężar gry na siebie i systematycznie zdobywał punkty. Grający z grymasem bólu na twarzy Joel Embiid otarł się o triple-double (22 punkty, 13 zbiórek, 8 asyst). Rzut oka na tabele statystyk i wydawać by się mogło, że słabo jak na siebie zagrał Ben Simmons (11 punktów, 8 zbiórek, 8 asyst oraz aż 6 strat), ale to mylne wrażenie – Australijczyk był prawdziwym generałem na parkiecie, rozpracował obronę Pacers i to po części za jego sprawą inni zawodnicy trafiali łatwe trójki. Cegiełkę dołożył każdy – Chandler i Muscala potrafili trafić kiedy było najbardziej potrzeba, McConnell jak zwykle wniósł energię z ławki, Bolden walczył jak lew.

Następny mecz jutro w Philadelphii przeciwko Oklahoma City Thunder, już o 21.00 polskiego czasu.

3 komentarze

  1. wojtekhandi pisze:

    1/12 egzamin zdany, jedziemy dalej!

  2. Viruz pisze:

    Taka gra mi się podoba!! Go sixers !!!

  3. tete pisze:

    Absolutnie kluczowy był też Redick jak zwykle. Mam wrażenie, że jesteśmy od niego też bardzo uzależnieni. Jak ma dobry dzień to wygrywamy a jak czasami mu nie siedzi to przegrana jest prawie pewna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *