Ben Simmons & Joel Embiid

19 wygranych i 10 porażek oraz trzecie miejsce w konferencji wschodniej – takie wyniki mają Sixers w dniu 13. grudnia 2018 roku. Wszystko wygląda przyzwoicie, szczególnie, że trzon zespołu stanowią gracze młodzi, którzy wciąż się rozwijają. Jednak o ile przed sezonem byłem pełen optymizmu i dużych nadziei związanych z sezonem 18/19, o tyle te pierwsze 27 spotkań sprowadziło mnie na ziemię i zrozumiałem, że jest jeszcze dużo pracy przed Sixers, jeżeli chcą się liczyć w walce o finał.

Gra całego zespołu to wzloty i upadki. Szóstki potrafią nas zachwycić trafiając seriami, jak i również przyczynić się do zwiększenia ilości siwych włosów na głowach znerwicowanych kibiców popełniając kardynalne błędy. W tym sezonie bilans zespołu jest dla nas, kibiców, zadowalający, jednak jeżeli przyjrzymy się bliżej jak wygląda terminarz tych pierwszych 29 spotkań to zauważymy, że niewiele graliśmy meczów z drużynami z czołówki. Większość to mecze z drużynami z dołu i ze środka tabeli. W meczach z drużynami wyżej notowanymi (specjalnie piszę “wyżej notowanymi”, bo uważam, że wcale nie lepszymi) Phila wypadła blado, szczególnie w grze obronnej i ogólnej organizacji na boisku. Oprócz tego trafiały się nam takie wpadki jak przegrana z Cavs na własnym terenie czy dwie porażki z Nets.

Przed rozpoczęciem sezonu każdy z redaktorów wskazywał najmocniejsze i najsłabsze strony Philadelphii. Ja wskazałem, że najsłabszą stroną będzie obrona obwodu, jednak nie spodziewałem się, że będzie to aż taki problem drużyny, która przecież chce być contenderem. Na pytania kto okaże się w mojej ocenie największym wzmocnieniem w nadchodzącym sezonie odpowiadałem, że wobec niemrawego offseason w wykonaniu Breta Browna pełniącego wówczas obowiązki GMa,wzmocnieniem będzie rozwój naszych młodych liderów. Joel Embiid – najlepszy center w NBA mimo wieku zaledwie 24 lat, Ben Simmons – playmaker o niespotykanych, nawet jak na NBA warunkach fizycznych na tej pozycji. 208 cm, szybki, zwinny, silny, atletyczny i zaledwie 22-letni najlepszy debiutant zeszłego sezonu. Dwa mocne filary, na których śmiało można budować mistrzowską dynastię. Oczywiście nie można w tym miejscu nie wspomnieć o mającym być już w 100% dyspozycji i z odrodzonym rzutem Markelleu Fultzu.

Kiedy jednak sezon się rozpoczął nie wszystko wyglądało już tak kolorowo. Na dzień dobry dostaliśmy baty od Bostonu. No cóż, pomyślałem… Wyeliminowali nas rok temu z PO i są drużyną ze świetną mieszanką doświadczenia, talentu i młodości, dodatkowo wzmocnioną o dwójkę wielkich nieobecnych z zeszłego roku – Gordona Haywarada i Kyrie Irvinga. Jednak teraz po prawie 30 rozegranych spotkaniach widzę, że wiele spraw jest dalekich od ideału.

Po pierwsze Markelle Fultz! Człowiek, który miał być brakującym elementem, tym trybikiem dzięki któremu Sixers stać się mieli jednym mechanizmem. Już pierwsze mecze pokazały, że jego rzut, mimo, że lepszy, to wcale nie jest naprawiony, a Fultzowi brakuje pewności siebie w grze. Chłopak od ponad roku boryka się z problemem, który ma kluczowy wpływ na jego grę. Tak naprawdę z problemem, którego rozwiązanie jest dla tego zawodnika sportowym być albo nie być i nikt ze świetnie opłacanego sztabu medycznego Sixers nie był w stanie zdiagnozować, co tak naprawdę się dzieje. W międzyczasie wmawiano zawodnikowi, że może to problem natury psychicznej, że nadgarstek, że to, że śmo… Dopiero osobista inicjatywa agenta Fultza, który skierował go na dodatkowe badania, doprowadziła do postawienia diagnozy po prawie 1,5 roku! Szybkość godna rodzimego NFZ. Gdy zestawimy to z faktem, że praktycznie każdy nasz znaczący debiutant w swoim pierwszym roku nie powąchał parkietu z powodu kontuzji, a tegorocznemu Zahire Smithowi zafundowano dietę urozmaiconą w orzechy, na które jest uczulony, to nie zdziwię się, jeśli w najbliższych latach debiutanci wybrani przez Sixers wybiorą grę gdzieś za oceanem z obawy o własne zdrowie.

Po drugie rozwój, a dokładnie rozwój Bena Simmonsa – jednego z dwóch głównych filarów, którego postępy wcale nie zaspokoiły moich oczekiwań. Karmiono nas newsami jak to Ben w offseason pracuje nad rzutem, widzieliśmy jak dziurawi obręcz rzutami zza linii 7,25m. Niestety nie znalazło to potwierdzenia w dotychczasowych meczach. “Nie grasz, nie wygrasz” – jest takie powiedzenie, w przypadku Bena pasuje powiedzieć “nie rzucasz, nie trafiasz”. Jeżeli Simmons chce trafiać, to musi oddawać rzuty. Jak słyszę z ust 22-latka, że w zasadzie to on nie musi rzucać i wystarczy, że będzie grał jak dotąd, to krew się we mnie gotuje. Kiedy ma on pracować nad swoimi słabościami?? Jak będzie po 30-tce?? Gdyby koszykówka pozbawiona była elementu jakim jest rzut do kosza, to Ben Simmons byłby kolejnym Lebronem. Czy można być jeszcze lepszym w tym, co Simmons pokazuje na boisku?? Jest mistrzem w tzw. “transition game”, dominuje siłowo, szybkościowo, jest bardzo dobrym obrońcą. W mojej ocenie w tych wszystkich aspektach pozostało niewiele miejsca na poprawę. Simmons zaczyna w nich bić głową o sufit, który i tak jest baaardzo wysoko. Jeżeli zacznie on oddawać rzut, coś trafiać i zmusi tym samym, żeby obrońcy podeszli do niego to otworzy się przed nim cały wszechświat koszykarskich możliwości. “Sky’s the limit” chciałoby się rzec!! Wyobraźcie sobie jak ułatwiłoby grę nie tylko Simmonsowi, ale i podkoszowym, gdyby ten zmusił swoich obrońców do wyjścia wyżej. Aktualnie obrona przeciwko Benowi zaczyna się gdzieś w okolicy 3-4 metra od kosza, a ta część boiska która znajduje się dalej to miejsce, z którego Ben na chwilę obecną nie potrafi zrobić użytku. Umiejętność zdobywania punktów z nieco dalszych odległości pozwoliłaby lepiej współpracować z Joelem. Czy zawodnicy grają ze sobą jakieś pick’n’rolle?? Niestety nie, bo obrońca Bena po prostu stoi za daleko i stawianie zasłon zawodnikowi z piłką nie ma najmniejszego sensu. Dwójka naszych liderów współpracuje ze sobą, ale “na odległość”. Simmons ma swoje akcje, Embiid swoje, obaj zachwycają, obaj są graczami jacy zdarzają się raz na dekadę, ale jeszcze nie są w stanie stworzyć drużyny jednej na dekadę. Proszę zwrócić uwagę jak wyglądają akcje dwójkowe z Redickiem. Embiid się po tych zasłonach otwiera jak Sezam przed Alladynem i gdyby J. J. miał taki przegląd jak Ben, to gra tej dwójki byłaby morderczą bronią. Jednak, żeby to wszystko miało miejsce, to Simmons musi zacząć rzucać. Myślę, że nikt nie oczekuje i nie spodziewa się, że ten zacznie nagle trafiać, ale niech próbuje i oddaje te 2-3 rzuty w meczu z czystych pozycji, których póki co mu nie brakuje.

Teraz, żeby nie było tak gorzko, a mnie samego nie zalała fala hejtu to troszkę pozytywów.

Uważam za duży plus sprowadzenie Jimmy’ego Butlera. Nie ukrywam, że po całej historii z Minnesotą, trochę się obawiałem tego ruchu i było mi szczerze szkoda Covingtona i Sarica. Jednak to co “Brokuł” wnosi do gry rozwiało moje wątpliwości i ten transfer uważam za wielki plus. Wreszcie jest zawodnik, który wie co zrobić gdy trzeba wziąć piłkę i po prostu trafić, a do tego jest świetnym obrońcą, nie gorszym, a może i lepszym, niż Covington. Wobec odejścia Sarica swoją szansę dostał Mike Muscala, który ostatnio pokazuje solidny basket, cała drużyna gra po prostu lepiej szczególnie po bronionej części parkietu. Gdyby nie ta widoczna poprawa to miałbym do napisania jeszcze kilka słów w kierunku Breta Browna, jednak zmiana w grze obronnej spowodowała, że dałem mu jeszcze kredyt zaufania. Nowe rozdanie na pozostałe 53 mecze sezonu.

Pomimo wspomnianych wpadek mam nadzieje, że happy endem zakończy się ta mydlana opera z kontuzją Fultza i ten jeszcze w tym sezonie będzie zdrów, a gra naszych asów, w szczególności Bena, będzie się rozwijać.

Pomimo gry, która momentami pozostawia wiele do życzenia i doprowadza minie do furii (a to dlatego, że wiem na co stać ten zespół) to uważam, że chłopaki się dotrą, a cała gra będzie nie gorsza niż w końcówce ubiegłego sezonu.