Milwaukee

Sixers przystąpili do meczu dzień po dniu, osłabieni brakiem Simmons’a i Korkmaz’a. Miejsce tego pierwszego w wyjściowym składzie zajął Hill. Od początku jednak mecz kompletnie zdominowali gospodarze, najpierw otwarcie 10:0, kiedy 76ers wreszcie zaczęli coś trafiać, to Bucks dalej napierali i trafili łącznie wszystkie ze swoich pierwszych 10 rzutów. Na cztery minuty do końca kwarty mieli już 6 trafionych trójek i 20-punktową przewagę, gdyż goście gubili się również w ataku. Wejście zmienników trochę zmniejszyło tempo gry i ostatecznie całą kwartę przegrywamy 40:26.

Na początku drugiej ćwiartki dalej do boju Rivers posyłał rezerwowych, zmiana systemu obronnego na strefę, lekko wybiła z rytmu Bucks. Embiid po powrocie na boisko zaczął niemiłosiernie nękać z lewej strony atakowanego kosza, straty już prawie zmalały do 10 oczek, ale wtedy znowu niesamowicie rzucający tego wieczora z dystansu gospodarze dorzucili kilka trójek. W sumie w pierwszej połowie trafili ich aż 13 i prowadzili 77:60.

Pierwsze minuty trzeciej kwarty znowu wlały trochę optymizmu. Gospodarzom przestały wpadać trójki, prawie doszliśmy ich na 10 punktów, ale wtedy wyższy bieg wrzucił Giannis. Lider rywali brał na siebie każdą zagrywkę w ataku i chwilę potem ponownie wróciliśmy do punktu wyjścia tracąc 16-17 oczek. W miejsce Hilla wszedł Milton, czas na odpoczynek z drugiej strony otrzymał Grek i Bucks odczuli jego brak bardzo szybko. Na trzy minuty przed końcem kwarty wreszcie udało się zmniejszyć deficyt do jednocyfrowych rozmiarów, co za skutkowało przerwą na żądanie, trenera gospodarzy. Nie wiem co usłyszeli podczas tego czasu Bucks, ale wiem, jak to poskutkowało… trzy trójki Portisa i najwyższe prowadzenie w całym meczu na rozpoczęcie ostatniej odsłony spotkania 108:87.

Rezerwowi Sixers, którzy rozpoczęli ostatnie 12 minut meczu naprawdę nie grali źle, bardzo dobre spotkanie rozegrał tego wieczoru Milton, Maxey bez skrupułów wchodził skutecznie pod kosz atakując Giannisa. Cóż jednak z tego, skoro rywale mieli dzisiaj chyba jakiś dzień konia i co chwilę trafiali zza łuku. Nie wiem, czy ktokolwiek byłby wstanie ich zdetronizować tego wieczora. Nam na pewno też nie pomógł brak dwóch ważnych w tym sezonie ogniw, jak i granie mecz po meczu. Mniejsza strata w ostatecznym rezultacie to jedynie efekt gry w końcówce głębokich rezerw, które przy siedmiu sekundach do końca meczu tracili już tylko 6 oczek, zmuszając do wstania z ławki gwiazdy Bucks. (Trochę podobna sytuacja jak przy naszym ostatnim spotkaniu z Nets).

Szansa na rewanż i uniknięcie bilansu 0-3 z Kozłami, już w sobotę.