Cleveland

Uwaga, uwaga! Sixers zostali dziś w nocy zdeklasowani przez Cleveland Cavaliers w trzecim meczu sezonu i nie, nie cofnęliśmy się w czasie o 5 lat. Marzący o tytule mistrzowskim zawodnicy Philly w trzy kwarty ulegli drużynie, której największymi gwiazdami są Drummond i Sexton. Brzmi jak nieśmieszny żart? Cóż, miejmy nadzieję, że w odróżnieniu od ekip Bretta Browna w przypadku drużyny Doca Riversa nie będziemy słuchać o “kształtowaniu drużyny” aż do końca sezonu i takie wpadki po pewnym czasie przestaną się pojawiać.

Z powodu sztywności pleców, prewencyjnie, nie wystąpił Joel Embiid, który jako jedyny z trójki pobierającej 25+ milionów wyglądał w pierwszych meczach jak gracz wart tych pieniędzy. I choć pod nieobecność JoJo Tobias Harris (16/9/5/3) trafił aż 4 z 6 trójek, a Ben Simmons (15/6/4/2/2, 6 strat) zagrał swoje w obronie, to daleki jestem od stwierdzenia, że stanęli oni na wysokości zadania pod nieobecność największej gwiazdy.

Nie licząc trafień Harrisa nasza celność zza łuku wyniosła 8/31. O ile inaczej odbieralibyśmy występ Simmonsa, gdyby na jego koncie widniało 10 zamiast 4 asyst? Koncept oparty na otaczaniu Bena strzelcami ma przecież sens tylko wtedy, gdy Ci strzelcy potrafią rzucać do kosza. Danny Green natomiast zdaje sam nie być przekonany, że to potrafi.

Sixers stracili piłkę aż 21 razy i wyglądali, jakby nadal nie mieli pomysłu na grę. Stare demony? Dajmy tej drużynie trochę czasu, ale ten mecz niestety po prostu nie był ładnym dla oka fana Szóstek meczem. Dwight Howard zastępujący Embiida znów złapał szybkie faule, a zastępujący go Tony Bradley na tyle nie spodobał się Riversowi w tym meczu, że wolał on grać ze small ballową piątką w postaci Mike’a Scotta, który jednak również nie spisał się w tej roli, choć warto pochwalić go za 3/7 zza łuku.

Kolejny mecz już za dwa dni z Raptors. A my będziemy na bieżąco obserwować, co się zmienia w grze Sixers. Bo miejsca do usprawnień jest naprawdę dużo…