New York

Minionej nocy Sixers odnieśli swoje pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie, a ich ofiarą padli nowojorczycy. Knicks przystępujący do meczu bez kilku zawodników (min. bez syna Doc Riversa – Austina) byli w stanie stawiać opór gościom tylko w pierwszej kwarcie zakończonej remisem po 27. Każdą z pozostałych trzech ćwiartek wygrywali Sixers, ponownie prowadzeni przez swojego lidera – Joela Embiida (27/10/2), który punktował przeciwników na wiele sposobów, a w tym meczu mógł liczyć na wsparcie Harrisa, który mając w pamięci zupełnie nieudany mecz z Wizards tym razem nie zawiódł i dorzucił solidne 17 punktów na 50% skuteczności.

Warto wspomnieć o kolejnym udanym występie Setha Currego, który w tym spotkaniu również dołożył 17 punktów trafiając 3 z 4 rzutów za 3 punkty. Ben Simmons zaliczył 15 punktów okraszone 9 zbiórkami, 6 asystami i 2 blokami, jednak czasem ciężko oprzeć się wrażeniu, że nie bardzo może się on odnaleźć na parkiecie. W szeregach gospodarzy na wyróżnienie zasługują Julius Randle i nasz dobry znajomy Alec Burks. Pierwszy zaliczył 25 punktów i 7 zbiórek, grając najlepsze minuty w głównie w pierwszej kwarcie, drugi natomiast zapisał na swoim koncie 22 punkty (4/6 za 3 pkt.).

Mecz należał do tych z serii “must win”, a Sixers zrobili to, co przystało na drużynę ze sporymi apetytami w tym sezonie i w sposób zdecydowany pokonali przeciwnika. Ale ich gra w pierwszych dwóch spotkaniach nie zachwyca i ciężko tutaj doszukiwać się jakiegoś zupełnie odmiennego stylu gry pod wodzą nowego trenera. Pomimo, że w niektórych akcjach piłka szybciej krąży po obwodzie, co pozwala niejednokrotnie na znalezienie dobrej pozycji rzutowej, to w wielu sytuacjach wydawać się może, że styl gry wdrożony przez Bretta Browna wszedł drużynie w nawyk.

Kolejny mecz już dzisiaj o godzinie 1.30 przeciwko Cleveland.