Sixers – Celtics 109:98

Gospodarze przystępowali do spotkania osłabieni brakiem swojego lidera Joela Embiida, a walczyli o pierwszy od wielu lat dodatni bilans na przestrzeni całego sezonu przeciwko odwiecznym rywalom z Bostonu. Początkowe minuty, to festiwal trafionych rzutów na zmianę Josha Richardsona i Kemby Walkera. Na takiej wymianie ciosów ostatecznie lepiej wyszli goście, jednak ich przewaga nie była nazbyt wyraźna. Z dobrych wiadomości dla kibiców zgromadzonych w Wells Fargo Center, do składu po kilku meczowej absencji wrócił Matisse Thybulle. Ostatnie minuty pierwszej odsłony i wejście rezerwowych spowodowały powiększenie się przewagi Celtów i na przerwę schodzili prowadząc 26:35.

Na początku drugiej kwarty swoją szansę dostał Norvel Pelle, który natychmiast zabłysnął świetnym blokiem i masywnym wsadem po alley-oopie (typowe zagranie zawodnika głębokiej ławki ;)). Przewaga gości, którzy świetnie rzucali zza łuku, jednak nie malała. Po sześciu minutach było już 33:48. Na szczęście w ostatnich minutach pierwszej połowy sygnał do żywszej gry i większego zaangażowania wysłał James Ennis, lepsza gra w obronie przyniosła zmniejszenie strat w pewnym momencie do ledwie trzech oczek, a siedmiu na koniec kwarty.

Po niecałych trzech minutach od powrotu na boisko udało się doprowadzić do remisu, a kilka sekund później nawet wyjść na prowadzenie. Celtowie wyraźnie zostali jeszcze w szatni i trener Stevens, musiał prosić o czas aby wysłać im pisemne zaproszenie na parkiet. Sixers złapali za to “flow”, w czym prym wiódł  Tobias Harris. Przez kilka minut udało się utrzymywać na prowadzeniu, jednak druga część tej kwarty to już wynik oscylujący wokół remisu i gra kosz za kosz. Do ostatnich dwunastu minut podopieczni trenera Browna przystępowali przegrywając 77 do 80.

Pierwsze minuty ostatniej części gry należały do Richardsona i Pelle. Ten pierwszy nie mylił się w ataku, a drugi dwukrotnie zatrzymał Kantera pod obręczą. Ich gra, jak i wciągnięcie gości do szybkiej wymiany ciosów pozwoliło Sixers wyjść na prowadzenie i na sześć minut do końcowej syreny ,przy stracie czterech punktów, przyjezdni musieli prosić o czas na ochłonięcie. Po tej przerwie gra trochę się uspokoiła, co zwiastowało nam nerwową końcówkę do samego końca meczu. Sixers wpadli jednak na inny pomysł, twarda obrona i skuteczność na linii rzutów wolnych przyniosła zryw i prowadzenie aż siedmioma punktami na 180 sekund do ostatniej syreny. Kiedy Horford ponad minutę później powiększył ją do 11 oczek stało się jasne, że Philadelphijczycy trzeci raz w tym sezonie pokonają swoich historycznych rywali.

Muszę przyznać, że po pierwszej połowie spotkania nie spodziewałem się niczego dobrego, ale po przerwie Sixers wyszli na parkiet odmienieni, jakby każdy w szatni dostał po zastrzyku adrenaliny. Nie zawiedli przede wszystkim stali zawodnicy podstawowej piątki. Al Horford grał przeciwko swoim byłym kolegom z drużyny dokładnie tak, jak pamiętamy go ze starć z nami w poprzednich latach. Harris i Richardson brali na siebie odpowiedzialność w odpowiednich momentach i byli w stanie dostarczać punkty seryjnie, a Ben był solidny w obronie i nie zawiódł w ostatnich minutach.

Kolejny mecz w sobotę przeciwko Dallas.