Sixers – Celtics 118:115

Klasyk wschodniego wybrzeża, Sixers – Celtics, mecz pełen podtekstów, historii i niewyrównanych porachunków. Dla kibiców z Philadelphii chyba nie ma ważniejszych spotkań niż te przeciwko “koniczynom”. W ostatnich latach niestety, to dzisiejsi przyjezdni zdecydowanie byli górą, wygrywając 21 z ostatnich 24 spotkań. Oczywiście drużyna z Miasta Braterskiej Miłości była długo w przebudowie i poważne granie wróciło tutaj dopiero sezon – dwa sezony temu, ale nawet teraz można dalej mówić o kompleksach. Styl drużyny Bostonu wyraźnie nie leży Szóstkom, czego efektem była wyraźna porażka w zeszłorocznych playoffach, ale również w spotkaniach w tym sezonie. Trzeba jednak zaznaczyć, że od momentu powstania “Wielkiej piątki”, obie drużyny jeszcze się ze sobą nie mierzyły. Czy czeka nas w takim razie nowe otwarcie i zupełnie inny rozdział tej wieloletniej rywalizacji?

Obie drużyny rozpoczynały mecz w praktycznie optymalnych zestawieniach, goście nie mogli skorzystać jedynie z Gordona Haywarda. Pomimo tego, lepiej weszli w spotkanie, dzięki twardej obronie i kilu zbiórkom w ataku. Gra gospodarzy mimo kilku punktowej straty mogła się podobać, atakowali drużynowo, a na ich twarzach rysowała się powaga i skupienie. Przyniosło to efekty już w połowie pierwszej kwarty, gdy  po przerwie wziętej przez trenera Browna udało się doprowadzić do remisu po 19. Niestety wejście zmienników pokazało wyraźnie kto dysponuje lepszą ławką, efektem tego było zakończenie pierwszej ćwiartki wynikiem 30:39 dla Bostonu, głównie przez proste indywidualne błędy i brak pomysłu na zatrzymanie Irvinga, który grając pełne 12 minut miał już na koncie 16 oczek.

Każdy musi jednak kiedyś złapać oddech i początek drugiej kwarty Kyrie oglądał z ławki. Na parkiecie za to zaczęli błyszczeć Embiid i Harford, przewaga Celtics nie chciała jednak stopnieć i cały czas utrzymywała się w okolicy dziecięciu punktów. Gospodarze dali wciągnąć się w powolną grę, która była zdecydowanie na rękę przeciwnikom, do tego “odpalił” jeszcze Terry Rozier, trafiając swoje pierwsze pięć rzutów, wchodząc z ławki. Niestety można było odnieść wrażenie że wracają stare demony w postaci braku wsparcia od rezerwowych, dziwnych decyzji arbitrów, nietrafianych łatwych rzutów i śmiejących się tylko pod nosem graczy z Bostonu.

Kres temu postanowił dać Ben Simmons, najpierw blokując rzut Morrisa, dosłownie wbijając piłkę w parkiet,  a następnie w kontrze zbierając swoje pudło i asystując na trójkę do Scotta. Cóż jednak z tego, skoro w kolejnych akcjach Sixers nie byli wstanie nawet zebrać piłki pod własnym koszem, a po przeciwnej stronie parkietu nie trafiali spod obręczy. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 58:69, i Brett Brown musiał w szatni zdecydowanie wstrząsnąć zespołem, bo dalsza taka gra nie mogła przynieść nic dobrego.

Druga połowa zaczęła się od małego skandalu, z boiska wyleciał Smart za rzucenie się na Joela. Sam Kameruńczyk może dziękować za pozostanie na boisku kolegom, którym udało się powstrzymać centra przed rewanżem. Wyjście z hali zawodnika Bostonu było dla jego drużyny tym boleśniejsze, że jeszcze w pierwszej połowie stracili oni w wyniku kontuzji Arona Baynesa. Od tego momentu gospodarze wreszcie narzucili przeciwnikom swój basket. Zaczął trafiać po pick and roll’ach J.J., Butler wziął się za rozgrywanie, a Embiid nie miał z kim walczyć w pomalowanym. Do remisu ostatecznie na pięć minut przed końcem trzeciej kwarty doprowadził ten ostatni, mając już na swoim koncie 31 punktów. Gości przy życiu do końca kwarty utrzymywał w zasadzie jedynie Irving i przed ostatnimi dwunastoma minutami gry, na tablicy widniał wynik 85:90.

Mogłoby się wydawać, że gospodarze są już na autostradzie do zwycięstwa. “Nic bardziej mylnego” jak to zwykł mawiać twórca pewnego kanału popularnonaukowego na YouTube… Błędy w obronie i Boston prowadził już 90:99, a cały pościg trzeba było zaczynać praktycznie na nowo. Całe szczęście tradycją staje się już, że im mniej czasu do końcowej syreny, tym więcej pokazuje Mr Buckets. Jimmy dwoma trójkami z rzędu doprowadził do remisu po 105, na pięć minut przed końcem spotkania. 240 sekund później było już po 113, i wszystko miało rozstrzygnąć się w ostatniej minucie. Ben Simmons trafia 2+1, a Boston bierze przerwę na żądanie. Po niej fantastycznym blokiem na Irvingu popisuje się Embiid i zbiera piłkę z tablicy, Celci nie mają już fauli, piłkę dostaje Butler, trafia magicznie z półdystansu, a czas w Wells Fargo Center zatrzymuje się na chwile.

Mecz godny zbliżających się rozgrywek posezonowych, Sixers męczyli się, cierpieli i krwawili jak przy wszystkich ostatnich starciach przeciwko drużynie z Bostonu, ale ostatecznie pokazali charakter i pokonali odwiecznych rywali 118:115. Mimo wszystko módlmy się o utrzymanie tego trzeciego miejsca w konferencji, bo Celci są dla nas zabójczy chyba bardziej niż jakakolwiek inna drużyna w lidze… a może od tego meczu to się zmieni?

Zdecydowanie najlepszym zawodnikiem na boisku był Joel – 37pts, 22reb,4as. Nieoceniony w końcówce znowu okazał się Butler – 22pts,4reb,2as, swoje zrobili też Harris – 21pts,8reb,3as i J.J. – 17pts, 3as. Natomiast bardzo wszechstronne spotkanie rozegrał Ben – 13pts, 8reb, 7as, 3stl, 2blk. Martwi jedynie znowu brak wsparcia z ławki, która w sumie zdobyła ledwie 8 oczek. Osobiście dziwi  mnie tutaj tylko niecałe 5 minut gry dla Marjanovica, zważywszy na fakt, że Celci nie posiadali nikogo kto byłby w stanie realnie walczyć z nim przy wysokich piłkach.