Sixers – Magic 116:105

Mecz z Orlando był spotkaniem, które Sixers musieli po prostu wygrać. Orlando po oddaniu Elfrida Paytona do Phoenix Suns, nie stało się silniejszym zespołem i można mieć wrażenie, że na tym etapie sezonu zasadniczego może chodzić już tylko o tankowanie.

10 home winning miało stać się faktem. I na szczęście nie rozczarowaliśmy się.

Sixers na mecz z Orlando wyszli w składzie: Robert Covington (SF), Dario Sarić (PF), Joel Embiid (C), JJ Redick (SG), Ben Simmons (PG).

1Q: Mecz rozpoczęli Magic, piłka trafia do Nikola Vucevica, który trafia łatwe dwa punkty. Ben Simmons zbiera piłkę i wyprowadza kontratak, piłka trafia do Joela, który stoi na przeciwko kosza i rzuca za dwa. Magic zaczęli bardzo ambitnie i odważnie, gdy piłka znalazła się w rękach Aarona Gordona, a ten rzucił nam trójkę, Brett Brown był zmuszony wziąć czas. w 8:50 Magic prowadzili 9-2, a nasza gra w obronie wołała o pomstę do nieba. Po rozpoczęciu gry Embiid zdobywa punkty dla Sixers, jednak Fournier nie pozostaje mu dłużny. W 7:28 na boisku pojawia się T.J. McConnell, a faulowany Dario Sarić rzuca 2/2 w osobistych. Philadelphia w 1Q miała problem z obroną, grający po łuku Magic robili co chcieli, próbowali nas rozmontować trójkami, na szczęście ich skuteczność nie była wysoka. Samuraj RoCo wyprowadził nas na prowadzenia magiczną trójką – 19:18. Pierwsza kwarta kończy się rezultatem 27-18 dla Sixers.

2Q: Druga kwarta rozpoczyna się od rzutów osobistych Embiida, który rzuca 1/2. Marco Belinelli nie trafia do kosza, ale Trevor Booker zbiera piłkę i zdobywa punkty. Redick rzuca trójkę, po chwili robi wjazd pod kosz i zdobywa kolejne dwa punkty. Chwilę później Embiid rzuca kolejną trójkę dla Sixerx Vucevic tylko patrzył jak zdobywamy kolejne punkty. Orlando bierze czas. Na tablicy widnieje wynik – 41:26 dla Sixers. Po kilku akcjach Orlando, Covington wrócił do zdobywania punktów zza linii. Najpierw jedna trójeczka, chwilę potem kolejna i Roco miał statystykę 3/5 w skuteczności rzutów za 3. Pod koniec 2Q prowadziliśmy przez chwilę różnicą +23, jednak ostatecznie na przerwę schodziliśmy przy wyniku 58-40.

3Q: Niekryty Vucevic rzuca nam trójkę. W ogóle Vucevic w tym spotkaniu grał ambitnie – zdobył 15 pkt. dodając do tego 9 asyst.

Redick ładnym fade-awayem dodaje do naszego konta kolejne dwa punkty. 3Q była dość równa, Philadelphia wyprowadzała dobre akcję, zmiennicy spełniali swoje role. Coraz bliżej widniała wizja kolejnego zwycięstwa, jednak wiemy, że Sixers uwielbiają roztrwaniać przewagę i nie wiadomo czemu zapominają grać w 3 i 4 kwartach. Na ten moment miałem nadzieje, że tak się stanie. Zwieńczeniem naszej dobrej gry był wjazd pod kosza niemalże równo z syreną końcową T.J. McConnella i ustawienie wyniku na 87-71. Miała nadejść 4Q.

4Q: Shelvin Mack zdobywa pierwsze punkty w 4Q, błyskawicznie odpowiada Redick. Próbuje rzucić za trzy. Nie trafia. Piłka trafia do Embiida i z powrotem do Redicka, ten faulowany przy rzucie zdobywa 3/3 w osobistych. Chwilę poźniej Trevor Booker dokłada soczystą trójeczkę niczym splash brothers. Po pieknym bloku na Biyombo, Embiid znów zmusił go do błędu pokazując na czyim terenie gra dzisiaj Orlando. Simmons zdobywa punkty ładnym floaterem na tablicy mamy zadowalający wynik dla Sixers, prowadzimy +20.

Mecz kończy się wynikiem 116-105. Graczem spotkania został nie kto inny jak: Joel Embiid. Statystyki: Embiid – 28 pkt. 14 zbiórek, Simmons – 17 pkt. 7 asyst, Belinelli – 15 pkt. Covington – 12 pkt. 5 zbiórek, 4 asysty.

Kolejny mecz back-to-back zagramy już jutro o 02:00 naszego czasu z Washington Wizards.