Magic – Sixers 98:97

Obie drużyny zaczęły ten mecz nieskutecznie. Tylko Joel Embiid grał na swoim poziomie, rzucając 7 z pierwszych 9 punktów swojego zespołu. W drugiej kwarcie niewiele się zmieniło, wciąż grano niemal kosz za kosz. Embiid stał się niewidoczny, unikał pomalowanego, a rolę lidera przejął Tobias Harris. Mecz w dalszym ciągu nie był zbyt miły dla oka, a większość zawodników grała niemrawo – czyżby efekt przejedzenia świątecznymi pierogami, albo bigosem?

Po przerwie Sixers wreszcie wyszli na parkiet w lepszej formie i zdobyli 8-punktowe prowadzenie. Ale to nie koniec spotkania, bo Magic szybko zniwelowali tą stratę, na domiar złego zaczęli kontrolować przebieg gry aż do samej końcówki. I tu przechodzimy do jedynej ciekawej części tego pojedynku.

Na 2.20 minuty przed końcem goście przegrywali aż 11 punktami. Strategia na resztę spotkania była prosta: trafiać za trzy i momentalnie faulować przeciwnika, licząc na pudła z linii rzutów wolnych. I to się zaczęło udawać! Po trafieniach zza łuku kolejno Harrisa, Horforda, Richardsona i dwukrotnie Embiida na tablicy był już tylko punkt różnicy! Przy 5 sekundach do końca piłka należała do Magic, ale wybiił ją Simmons i Embiid szybko przekozłował na drugą połowę, oddając w ostatniej chwili rzut za trzy…

Było bardzo, bardzo blisko, niestety pudło oznaczało porażkę Sixers. Być może byłoby inaczej, gdyby nie dwa przestrzelone rzuty Simmonsa z linii wolnych na 1.58 minuty przed syreną. Albo gdyby cały zespół potraktował Orlando poważnie i zagrał z taką energią i determinacją, jak w poprzednim meczu z Milwaukee…

Wśród gospodarzy najlepiej wypadli Fournier i Gordon (odpowiednio 20 i 19 punktów) oraz Vucevic (16 punktów, 12 zbiórek, 7 asyst), ale nieźle zagrał też Fultz (13 punktów, 6 asyst i 2/4 za trzy). Dla pokonanych po 24 punkty i 11 zbiórek zdobyli Embiid i Harris.