Orlando

Ponad 3 tysiące fanów Orlando Magic, którzy mieli szansę oglądać na żywo swój niepokonany dotąd zespół, nie będzie wspominać tego Sylwestra pozytywnie. To goście od pierwszych minut zdominowali spotkanie grając z lekkością i łatwością, jakby to było Play Station. Przez większość meczu można było sobie zadawać pytanie nie o to kto wygra, ale raczej czy przewaga Sixers utrzyma się powyżej, czy poniżej 30 punktów.

Sixers oglądało się naprawdę znakomicie, bo wszystko im wychodziło. Pokazała to chociażby pierwsza w sezonie, a trzecia w karierze trójka Bena Simmonsa (po podaniu od Embiida) już po czterech minutach gry. Ale chodzi nie tylko celne rzuty, ale również zespołową i zbilansowaną koszykówkę oraz dobrą komunikację na parkiecie. W pewnym momencie Sixers trafili 7 z kolejnych 8 rzutów, a w całej pierwszej kwarcie na sześć prób za trzy spudłowali tylko raz. Na drugim biegunie byli gospodarze, którzy zakończyli ćwiartkę z 29% skutecznością z gry. Przypomniała się sytuacja z poprzedniego meczu, kiedy to nasz zespół nie potrafił trafić do kosza, tym razem to nie była jednak kwestia pecha i wykręcającej się piłki z obręczy, ale w dużej mierze szczelnej obrony dużo bardziej atletycznych filadelfijczyków.

Druga kwarta to kolejna niespodzianka – przebudzenie Matisse Thybbule’a, który w dotychczasowych czterech spotkaniach nie trafił do kosza ani razu. Dając zmianę w tej kwarcie (pod nieobecność Korkmaza) zdobył 9 punktów, trafiając dwukrotnie za trzy, angażując się także po drugiej stronie parkietu. Odrodzenie Tisse’a naprawdę cieszy, pokazał chłopak charakter! A tymczasem przez większą część tej kwarty Sixers mieli na koncie dwa razy więcej punktów od Magic! Frustracji nie wytrzymał jedyny dobrze grający wśród rywali Nikola Vucevic, który po przepychance z Simmonsem zarobił faul techniczny. Do przerwy na tablicy widniał wynik 75-40…

W drugiej połowie nadszedł mały kryzys i przewaga Philadelphii spadła do “zaledwie” 29 oczek. To jednak nie trwało długo i kolejne trafienia twardo grających Harrisa i Embiida dały ich zespołowi największe w meczu, aż 38-punktowe prowadzenie. Te znowu stopniało do 29 punktów w samej końcówce, kiedy na parkiecie zaczęło się pojawiać więcej rezerwowych.

W czwartej kwarcie Sixers niemal wyłącznie grali już zawodnikami z ławki, w tym głębokimi rezerwami. W rezultacie ich przewaga zmalała do końcowego wyniku, który nie odzwierciedla ich dominacji. Niech potwierdzi to chociażby popsucie sobie skuteczności za trzy do finałowych 45.5% (czyli około 9% powyżej średniej ligowej), podczas gdy wcześniej trafili aż 14 z 24 pierwszych prób! To jednak mało istotne szczegóły w sytuacji, kiedy zaczynamy sezon bilansem 4-1, a gra całej drużyny wygląda z meczu na mecz coraz lepiej.

Joel Embiid i Seth Curry rzucili po 21 punktów, a Tobias Harris był o punkt gorszy. Curry trafił 5 z 7 trójek, a Harris wykorzystał 3 z 4. Ben Simmons dodał 9 punktów, 10 zbiórek , 8 asyst i 2 przechwyty, a Shake Milton 14 punktów, 6 asyst i 2 bloki. Żaden z tych zawodników nie grał więcej, niż 26 minut.

Osobny akapit na 9 punktów, 4 zbiórki, 1 przechwyt i 2 bloki Mattise Thybulle’a w niespełna 18 minut gry, oraz rekordowe do tej pory 10 punktów Tyrese Maxey’a, który grał na rozegraniu przez niemal całą czwartą kwartę.

Wśród rywali najlepiej wypadł wspomniany Vucevic (19 punktów i 10 zbiórek w 23 minuty). Inni ex-filadelfijczycy nie popisali się – zarówno Markelle Fultz jak i Michael Carter-Williams skończyli na mizernej skuteczności, grając bardzo słabo w pierwszej połowie. A szkoda, bo chciałem zobaczyć jak dobrze gra Fultz, który przed tym meczem zdobywał średnio prawie 19 punktów i 6 asyst w czterech spotkaniach.

Następny mecz jutro przeciwko Charlotte Hornets. Szczęśliwego Nowego Roku!