Gospodarze rozpoczęli spotkanie z jedną zmianą w wyjściowej piątce, w miejsce kontuzjowanego Butlera, po raz pierwszy w karierze od pierwszych minut zagrał świetnie spisujący się w ostatnich meczach Furkan Korkmaz. Trzeba przyznać, ze po młodym turku nie było widać żadnej tremy związanej z tym faktem. Od samego początku grał bez żadnego skrępowania, i po pierwszych siedmiu minutach gry miał już na swoim koncie 7 zdobytych punktów, zbiórkę, asystę i przechwyt. Ogólnie cała pierwsza piątka dobrze weszła w to spotkanie, szybko wyrabiając sobie kilku-punktową przewagę nad gośćmi z Brooklynu. Niestety, wejście graczy z ławki zdecydowanie pogorszyło ten stan rzeczy, dzięki czemu Nets odrobili straty z nawiązką i na pierwszą przerwę schodzili prowadząc 31:29.

Trener Brown miał dzisiaj nie mały ból głowy z zestawieniem graczy na parkiecie, ponieważ oprócz Butlera, lista nieobecnych w tym spotkaniu wydłużyła się również o Muscale, który nabawił się infekcji. W tym wypadku jedynym zawodnikiem w składzie, grającym na pozycji numer cztery był Chandler, a swoje minuty szybko otrzymał nawet Shake Milton. Druga ćwiartka od początku nie układała się po myśli gospodarzy, piłka nie chciała wpadać zza łuku nawet Redickowi, co Nets wykorzystywali powoli budując swoją przewagę. Sygnał do odrabiania strat dały nasze gwiazdy – Big Ben i JoJo, popisując się w dwóch akcjach z rzędu zagraniami alley-op. Na koniec pierwszej połowy ten drugi trafił jeszcze zza łuku i straty stopniały do tylko jednego oczka (56:57).

Już po 60 sekundach gry w trzeciej kwarcie, zawodnicy Nets wykorzystali swój limit fauli, przez co gra w ofensywie dla Sixers stała się znacznie łatwiejsza. Wydawało się, że gospodarze całkowicie przejmą kontrolę nad spotkaniem, jednak gości przy życiu utrzymał serią punktów Joe Harris, a potem na dwucyfrowe prowadzenie kosmicznymi rzutami za trzy, wyprowadził Dinwiddie. Sytuacja zaczęła robić się nerwowa, bo ostatnią kwartę zaczynaliśmy z deficytem dokładnie dziesięciu oczek.

Niestety po przerwie Nets wciąż wychodziło praktycznie wszytko, a podopieczni Browna nie mogli znaleźć sposobu na wybicie ich z rytmu. Dalej szalał Dinwiddie (który to już raz, akurat przeciwko Sixers…), i na pięć minut do końcowej syreny, gdy straty nie stopniały choćby o punkt, zaczęło być jasne, że Philadelphijczycy odnotują drugą domową porażkę w tym sezonie. 

Porażki ciężko jest usprawiedliwiać, jednak dzisiaj Sixers na prawdę nie zagrali złego spotkania biorąc pod uwagę ilu zawodników zabrakło na parkiecie. Embiid robił co mógł (33/17/6), kolejne dobre spotkanie zagrał Korkmaz (18/3/6/3), swoje zrobili też Simmons (22/8/7/4/2) i McConnell (17/2/4). Jedynie J.J. wyraźnie nie mógł się wstrzelić i trafił zaledwie jedną trójkę. Niestety Nets mieli w drugiej połowie “dzień konia”, dzięki czemu to oni schodzili na koniec do szatni z tarczą.