Sixers przystępowali do meczu z Pacers z myślą o pierwszym zwycięstwie w sezonie, tym bardziej ze względu na fakt, że kolejny mecz na własnej hali czeka ich dopiero 1 grudnia. Pierwsza kwarta była jednak bliźniaczo podobna do tej sprzed 2 dni, z meczu przeciwko Mavericks – dużo strat (6 po pierwszych 6 minutach gry), niedoloty, kiepska organizacja gry, co oczywiście nie dawało wiele optymizmu. Z pozytywów natomiast – niezły początek McConnell’a (3 punkty, 2 zbiórki przez pierwsze dwie minuty, ale też 2 straty), 5 punktów Stauskasa (0 w dwóch ostatnich meczach), lepsza gra Covingtona, który powoli zaczyna wracać do formy sprzed kontuzji. Pacers wygrywają pierwszą kwartę 23-18, głównie dzięki C.J. Miles’owi (10 punktów).

Pierwsze dwie minuty drugiej kwarty powodowały szeroki uśmiech na twarzy fanów Sixers. Głównym odpowiedzialnym za to był Jahlil Okafor i jego dwa cudne zagrania pod koszem, przy których Jordan Hill nie miał absolutnie nic do powiedzenia. Sixers zbliżyli się na punkt do Pacers. Problem ze stratami jednak nie przemijał, gospodarze mieli ich już 16 po 21 minutach gry (15 – średnia dla drużyny NBA w ciągu 48 minut) McConnell nie tylko nie miał pomysłu na kreowanie partnerów, ale też ciągle piłkę tracił, trener Brown dawał więc pograć więcej Pressey’owi. Na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy oglądaliśmy przedziwną sytuację – po przerwie i wznowieniu gry na parkiecie przebywało 6 zawodników Sixers za co ukarany faulem technicznym został Brett Brown. Wynik po pierwszej połowie 52-38 dla Pacers nie napawał wielką nadzieją na pierwsze zwycięstwo Szóstek w sezonie, jednak najbardziej martwiła liczba strat – 18 (17 w pierwszej połowie meczu z Mavericks). Połowę z punktów Pacers miała dwójka graczy – Paul George i C.J. Miles.

Już po 51 sekundach drugiej połowy trener Brown wezwał swoich podopiecznych na dywanik (strata i oddana bez walki prosta zbiórka). Sixers, bardzo delikatnie mówiąc, nie grali dziś dobrze, nawet jakimikolwiek zrywami, a taką grę naprawdę ciężko się dziś oglądało. Szkoda tu nawet coś opisywać, niech jedynym komentarzem będzie 27 strat po trzeciej kwarcie i wynik: 84-62.

W czwartej kwarcie widowisko nadal trzymało taki poziom, że realizator transmisji zaczął nas raczyć statystykami. I tak dowiedzieliśmy się chociażby tego, że Sixers stali się pierwszą drużyną w NBA od czasów Vancouver Grizzlies (marzec 2000), która “zdobyła” co najmniej 27 strat w dwóch meczach z rzędu. W międzyczasie licznik, w którym Filadelfia biła dziś rekordy sięgnął już trzydziestki, jednak nie on jeden – strata do Pacers również przekroczyła już 30 punktów. Cisza na hali w czwartej kwarcie była przejmująca. Po takim meczu jak dziś, tylko jedna myśl przychodzi do głowy: Chłopaki, błagam, nigdy więcej takich spotkań.