Sixers – Pistons 109:99

Pamiętając niefortunną porażkę z Pistons w Detroit Sixers niewątpliwie chcieli się odegrać i pozostać niepokonaną drużyną we własnej hali. Plan udało się zrealizować i Philadelphia wygrała mecz udowadniając jednocześnie, że ostatnia porażka, która dosłownie wymknęła im się z rąk była niczym innym jak wypadkiem przy pracy.

Ten mecz zdominował jeden zawodnik – Joel Embiid, który już od pierwszych sekund spotkania pokazał kto rządzi w Wells Fargo Center. Bezlitośnie ogrywał swoich rywali i w efektowny sposób zdobywał punkty. Pistons nie pozostawało nic więcej jak faulować Embiida, który w całym spotkaniu oddał aż 23 rzuty wolne trafiając 18 razy. JoJo w pierwszej połowie miał na swoim koncie aż 32 punkty. Ostatnim zawodnikiem, któremu udało się rzucić ponad 30 punktów w 1 połowie był nie kto inny jak Allen Iverson. Ostatecznie Joel uzbierał 39 pkt, 17 zb. i 2 blk.

Sixers ani razu nie oddali prowadzenia w meczu, cały czas kontrolując jego przebieg. Nawet gdy w 3q Pistons doszli ich na 6 pkt., zdołali się pozbierać i ponownie odzyskać ponad 10 punktowe prowadzenie. Co mnie osobiście rzuciło się w oczy w tym meczu to większe zaangażowanie w obronie, zawodnicy sobie pomagali oraz dobrze bronili w sytuacjach jeden na jeden ( z pewnymi wyjątkami – Saric i Simmons vs Blake ).

Oprócz Joela w mojej ocenie na wyróżnienie zasługuje Landry Shamet, który w moich oczach wygląda na steal tegorocznego draftu, a to co pokazuje to ułamek jego możliwości. Widać w jego grze ciągłe postępy – już nie ogranicza się tylko do rzutów z dystansu, mija obrońców i rzuca po koźle, ścina pod kosz, świetnie wykorzystuje zasłony, usiłuje ogrywać rywali na rożne sposoby, a w jego grze widać pewność siebie.

Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć na parkiecie Wilsona Chandlera, który wrócił po kontuzji mięśnia dwugłowego, jednak póki co jego czas gry jest ograniczony do 10 min/mecz przez sztab medyczny. Chandler w tym meczu nie pokazał za wiele, jednak w mojej ocenie wyróżnił się dobrą obroną przeciwko Griffinowi, któremu niestety pomagali sędziowie odgwizdując faule z kapelusza na Wilsonie.

Do udanych nie zaliczy tego spotkania Dario Saric, który w dalszym ciągu ma problemy ze skutecznością i zupełnie nie odnajduje się na parkiecie. Nie trafia, słabo broni i popełnia straty. W tym meczu zanotował zaledwie 5 pkt, 4 zb i 2 straty podczas 22 minut gry.

W drużynie przeciwnej prym wiódł ponownie Blake Griffin, z którym zupełnie w obronie nie radził sobie Ben Simmons ( dziwi mnie, że widząc jak Blake ogrywa Bena w akcjach post up, Brett Brown nie zrobił żadnej zmiany w ustawieniu defensywnym). Lider Pistons ostatecznie zapisał na swoim koncie 38 pkt i 13 zb.

W meczu ponownie nie pojawił się T.J. McConnel co jest w mojej ocenie marnowaniem potencjału i pozytywnej energii, jaką ten zawodnik wnosi do gry.

Kolejny mecz już dzisiaj przeciwko Brooklyn Nets.