Sixers – Raptors 126:101

Potyczka z liderem okazała się łatwiejsza niż to mogło się wydawać. Raptors przystąpili do meczu osłabieni nieobecnością kluczowych graczy – Kawhi’a Leonarda, Jonasa Valanciunasa i Serge’a Ibaki – wszyscy trzej pauzowali z powodu kontuzji.

Wobec absencji wymienionej trójki nasi liderzy mieli ułatwione zadanie i od pierwszych minut pokazywali arsenał swoich koszykarskich umiejętności. Joel Embiid dominował pod koszem oraz trafiał z półdstansu, a Ben Simmons w widowiskowy sposób notował kolejne asysty lub odważnie, w swoim stylu, atakował obręcz. Dodatkowym wsparciem dla Sixers okazał się ściągnięty w ostatniej chwili z G-League Jonah Bolden, który wypełnił lukę w składzie po kontuzjowanym Chandlerze. Zawodnik ten wprowadził nową jakość w grze obronnej Philly w tym meczu, raz za razem blokując rywali. Nie pozostawał też bierny w ofensywie Sixers.

Raptors natomiast ewidentnie brakowało swoich liderów. Gołym okiem widać było, że to zupełnie inna drużyna. Mimo wszystko przez pierwszą połowę utrzymywali się na powierzchni, głównie za sprawą cwanego Lowry’ego, rodaka Embiida – Pascala Siakama – oraz dającego dobrą zmianę Freda VanVleeta. Jednak wszystko wskazywało na to, że na drugą połowę zabraknie Toronto amunicji.

Po pierwszych 24 minutach gry Sixers prowadzili 65 – 59.

W trzeciej kwarcie obie drużyny miały kłopot z trafianiem do kosza, jednak to ostatecznie zawodnicy Philadelphii, głównie za sprawą skutecznych akcji Furkana Korkmaza w końcówce, powiększyli przewagę o 6 pkt.

Czwarta kwarta to ta część gry, w której Raptors zabrakło już paliwa i zupełnie oddali pole gry przeciwnikom. Na 4 minuty do końca spotkania, wobec słabej gry Raptors i dużej przewagi Philly, na parkiecie grali już sami rezerwowi, wśród których prym wiódł niezawodny w tym spotkaniu Korkmaz. Z dobrej strony pokazał się również Shake Milton.

Ciężko kogoś nie wyróżnić w dzisiejszym meczu, gdyż każdy wniósł coś pozytywnego (jedynie Shamet nie zaliczy tego meczu do udanych, nie trafiał i nie radził sobie w obronie), ale tradycyjniie najlepszymi byli Joel Embiid (27/11), Ben Simmons (26/12/8), JJ Redick (22 pkt i 4/5 za trzy) i Jimmy Butler (12/7/7). Nie można nie wyróżnić Boldena i Korkmaza – pierwszy świetnie bronił i walczył, drugi robił swoje i skutecznie posyłał piłkę do kosza.

Osobiście bardzo byłem ciekaw jak zaprezentują się Sixers z Jimmy’m Butlerem na pokładzie przeciwko liderom konferencji wschodniej. Jednak gdy dowiedziałem się o nieobecności trójki podstawowych graczy, to moja ekscytacja zapikowała w dół i w tym momencie nie brałem już pod uwagę innego scenariusza jak zdecydowane zwycięstwo. Pod tym względem Sixers mnie nie zawiedli. Teraz przed nimi o wiele trudniejsze zadanie – mecz przeciwko Boston Celtics na wyjeździe w pierwszy dzień świąt o godzinie 23:30. Szczerze liczę na rewanż za porażkę w pierwszym meczu sezonu.

Pełne statystyki:

https://watch.nba.com/game/20181222/TORPHI