Sixers – Rockets 91:107

Czwarta drużyna Zachodu w łatwy sposób pokonuje czwartą drużynę Wschodu. Miałem wielką chęć opisać ten mecz kwarta po kwarcie, ale niestety nie ma to większego sensu. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

Na spotkanie z Houston drużyna Sixers wyszła w składzie: Ben Simmons, J.J. Redick, Jimmy Butler, Tobias Harris i Amir Johnson.

Od samego początku spotkania Rockets narzucili swoje tempo grali na luzie i wykorzystywali brak obrony przeciwnika. Dwa szybkie faule Johnsona zmusiły Browna do wpuszczenia na boisko Boldena. Harden rzucał nam co chciał – nieważne kto go krył. Czy był to Butler, Harris czy nawet McConnell – Harden robił swoje step back i zdobywał łatwe punkty. Tak naprawdę drużynie Sixers rzucali wszyscy i wszystko. Trójki siedziały drużynie gospodarzy jak złoto, a CP3 radośnie bawił się z oponentami.

Żeby nie było tak źle to powiem, że im dalej las tym jeszcze gorzej. To, że obrony nie było to rzecz, którą już widzieliśmy. Wielokrotne odpuszczanie Simmonsa, brak agresywnego krycia dawały kolejne przewagi ekipie Rockets. Niestety problem był też z rozegraniem akcji. A w zasadzie z brakiem pomysłu. Mieliśmy problem, żeby wyprowadzać kontry i zdobywać po nich łatwe punkty. Tyle razy ile piłka kręciła się wokół obręczy i wypadała…ehhh… Kolejnym problemem Sixers był kolejny nie najlepszy występ Redicka. J.J. rzucał chyba co czwartą trójkę, a w całym meczu zdobył łączną ilość trzech punktów na prawie 28 minut gry! Gdyby nie Harris i Butler przewaga Rockets byłaby jeszcze większa.

Linijki: Butler 19 pkt. 9 zbiórek. Harris 22 pkt. 9 zbiórek. Simmons 15 pkt. 10 asyst.

Kolejny mecz już jutro z Indianą. Niestety będzie to najprawdopodobniej kolejny mecz bez odpoczywającego Embiida.