Houston

Sixers tym razem podeszli do spotkania z Joelem Embiidem, ale bez chorego na grypę Bena Simmonsa. Doc Rivers wyraźnie eksperymentuje ze składem i do pierwszej piątki wystawił niespodziewanie Matisse Thybulle’a.

Decyzja trafna, co pokazały trzy skuteczne akcje w połowie pierwszej kwarty, wszystkie ze sporym udziałem Tisse’a, zakończone trzema celnymi trójkami Sixers. Dzięki temu na tablicy mieliśmy 27-18 i od tego momentu gospodarze przejęli mecz. Tak, to było jedno z tych spotkań, w których Sixers trafiali za trzy jak szaleni (11/18 w pierwszej połowie) i ich przewaga urosła do 69-43 podczas przerwy.

W trzeciej kwarcie prowadzenie Sixers nieco spadło, ale przez cały czas oscylowalo wokół 20 punktów. Podobnie i w czwartej, do czasu, aż John Wall zaczął odrabiać straty swojego zespołu. Na około 4 minuty przed końcem Rockets przegrywali zaledwie 10 punktami, a dwie minuty później było to już tylko 5 oczek. Sixers stracili skuteczność i podjęli zbyt wiele głupich decyzji w finałowej kwarcie, ale ostatecznie na wysokości zadania stanął Embiid, który dwukrotnie zdobywał ważne kosze. Dzięki temu obyło się bez nerwów w samej końcówce.

Najlepsze występy zanotowali Joel Embiid (31 punktów, 10 zbiórek, 9 asyst), Seth Curry (25 punktów, 5 asyst) i Tobias Harris (24 punkty, 15 zbiórek, 5 asyst). Wśród pokonanych punktowali John Wall (28 punktów, z czego 24 w drugiej połowie) oraz Cousins i Tate (po 19 punktów).