Sixers rozpoczęli serię 6 spotkań we własnej hali od zwycięstwa nad Timberwolves. Jeśli by chcieć opisać mecz jednym zdaniem, przychodzi do głowy tylko jedno: “Kto nie oglądał, niech żałuje!”

Wyjściowa piątka gospodarzy uległa niewielkim zmianom i wyglądała następująco: Smith, Stauskas, Grant, Noel i Okafor. Szukając powodów tych zmian – zarówno Stauskas jak i Okafor zagrali dobry mecz z Clippers w LA. Poza tym Sixers potrzeba było neutralizacji Karla-Anthony’ego Townsa – a w tej roli świetnie spisał się Jahlil w meczu obydwu drużyn w Minneapolis w listopadzie. Od początku mecz był pełen emocji, pierwsza kwarta obfitowała w kilka spektakularnych zagrań (wsady Stauskasa i Holmesa), obrony zarówno gospodarzy jak i gości praktycznie nie istniały – na 3 minuty do końca pierwszej kwarty skuteczność łączna rzutów z gry wynosiła 66%. Richaun Holmes z każdą kolejną akcją nabierał chęci na grę i co najważniejsze był skuteczny i efektowny – po 7 minutach gry z ławki miał 9 punktów na koncie. Już sama pierwsza część gry zapowiadała wyjątkowe widowisko, grano kosz za kosz. W ostatniej sekundzie za dwa punkty trafił Thompson co dało Philly prowadzenie 29-25. Zespół gospodarzy miał 61%-ową skuteczność z gry, co dawało najlepszy wynik w tym sezonie w tej kategorii.

Druga kwarta przyniosła uspokojenie jeśli chodzi o mnogość i celność rzutów. Po dalszej wymianie ciosów przez większość część kwarty, rywali zaczęli napędzać Ricky Rubio i Zach LaVine – efektem było 7-punktowe prowadzenie na nieco ponad minutę do przerwy. Wejść w mecz nie mógł Okafor, miał ledwie 2 punkty, zbiórkę i dwa faule. Sixers podgonili Wolves na 3 punkty i na tablicy mieliśmy wynik 50-47 dla gości.

Drugą połowę Filadelfijczycy zaczęli dość lekkomyślnie, łapiąc 4 faule w półtora minuty (w tym techniczny Sampsona po starciu z Garnettem, który zresztą też został ukarany w ten sam sposób, i dwa Granta, który w sumie miał już 4 faule na koncie). Przebudził się natomiast Okafor zdobywając 8 punktów w 4 minuty i wymuszając czwarty faul Townsa. Szóstkom nie wychodziło rzucanie za trzy, ale trzeba przyznać, że nie wymuszali za wiele tych rzutów (no może z wyjątkiem Thompsona, Canaan do tego czasu na parkiecie się nie pojawił). Wilki utrzymywały jednak nadal kilka punktów przewagi, dopiero wtedy na parkiet wszedł Canaan, któremu rzucenie pierwszej trójki zajęło 10 sekund. Problem w tym, że potem już nie trafił ani jednej przez 4 próby w 10 minut gry.

Pod koniec kwarty na parkiecie znalazła się tylko ławka Sixers i wtedy zaczęła się piękna gra gospodarzy. Bardzo dobrze i odpowiedzialnie grał McConnell, który wnosił wiele energii, zabierał piłki rywalom i świetnie asystował. Równie dobrze a nawet lepiej prezentował się Landry a zwłaszcza jego rzut z półdystansu. Kolejnymi spektakularnymi zagraniami popisywał się Holmes. W połowie czwartej kwarty ławka miała aż 57 z 95 punktów Sixers, zdobywając ostatnie 30 punktów i wyprowadzając zespół na prowadzenie. Dopiero na 5 minut do końca meczu powrócili Smith, Noel, Stauskas, chwilę wcześniej pojawił się również Grant. A wtedy dane nam było oglądać dwie minuty absolutnie fenomenalnej gry Szóstek – piękne bloki, szybkie kontry, efektowne wsady. Publiczność w hali oszalała, a zespół wyszedł na 11-punktowe prowadzenie. W ścisłej końcówce ciężar utrzymania zwycięstwa po raz kolejny wziął na siebie Ish Smith. Mądre decyzje, dobry rzut z półdystansu i zdobycie ostatnich 6 punktów Sixers przez zawodnika z numerem 1 na koszulce pozwoliły utrzymać prowadzenie i wygrać z Timberwolves 109-99.

Smith nazbierał w sumie 21 punktów i 11 asyst, Holmes 17 punktów na 70%-wej skuteczności a Landry dorzucił 16 punktów (8/11 gry).

Kolejny mecz w czwartek z Hawks, oczywiście w hali Wells Fargo Center.