Po pełnym emocji widowisku, komplet widowni zgromadzony w Wells Fargo Center był świadkiem, jak miejscowi Sixers rozbijają Golden State Warriors w drobny pył, wskazując gościom ich miejsce w tabeli. Nie, niezupełnie tak się stało, zamiast tego byliśmy świadkami 41. porażki Sixers w tym sezonie, a 43. zwycięstwa Warriors. Niczego innego nie można było się spodziewać po pierwszym w tych rozgrywkach pojedynku najlepszej z najgorszą (jeszcze) ekipą ligi. Cieszy natomiast fakt, że Warriors wygrali z trudem dzięki trójce w ostatniej sekundzie, a od siedmiu spotkań nie byli tak blisko porażki i za to należą się Sixers ogromne słowa uznania.

Początek spotkania to dwa bloki Noela, trójka Covingtona i dobra skuteczność gospodarzy. Sixers zaczęli od prowadzania 12-8, co zmusiło Warriors do wzięcia czasu. To niewiele zmieniło ze względu na trafiającego Stauskasa, który wyciągnął swój zespół na prowadzenie 17-10. Po tym jednak obecni Mistrzowie NBA zaczęli grać swoje, czas dla Bretta Browna nie pomógł. Na 5 minut przed końcem kwarty po trójce Thompsona na tablicy widniał remis po 17. Sixers nie mieli szansy odpowiedzieć, bo stracili piłkę, a Thompson znowu trafił za trzy z tej samej pozycji. Gospodarze dali się wciągnąć w szybką, zwariowaną koszykówkę, w której mimo determinacji –  nie mieli żadnych szans. Za sprawą serii 15-0 Warriors wyszli na prowadzenie 25-17. Przez większość pierwszej połowy różnica między zespołami nie wynosiła więcej, niż 10 punktów. Dopiero w ostatnich minutach drugiej kwarty Warriors uciekli na więcej, schodząc do szatni z prowadzeniem 73-54. Warto dodać, że zanotowali aż 26 asyst w pierwszej połowie, wyrównując swój klubowy rekord.

W drugiej połowie Sixers wyglądali już trochę, jakby mieli dość. Warriors prowadzili 20 punktami, Stephen Curry siedział na ławce. Mimo to w końcówce trzeciej kwarty kryzys minął – dzięki lepszej obronie i grze Okafora (w tym piękny ruch wzdłuż linii końcowej pod koszem), gospodarze zmniejszyli straty do 14 oczek. Ostatecznie przez nieskuteczne ostatnie akcje, Warriors wrócili do 19 punktów przewagi na zakończenie trzeciej kwarty. Kolejny przebłysk nastąpił po dwóch minutach ostatniej kwarty, co doprowadziło Sixers do odrobienia strat na 10 punktów (85-95). Warriors zaczęli się gubić i pudłować, na parkiet musiał wrócić Curry. Po dwóch dobrych akcjach Smitha (podanie do Noela i rzut z pół-dystansu) Sixers przegrywali tylko 99-103 na 61 sekund przed końcem. Curry trafił trudny rzut spod kosza, ale Canaan odpowiedział  niesamowitą akcją 3+1 (trójka z samego narożnika oraz rzut wolny). W kolejnej akcji Smith odebrał piłkę rywalom i dzięki szybkiej kontrze doprowadził do remisu po 105. Do końca pozostały 22 sekundy, Warriors grali na czas, rozciągnęli obronę. Curry podał do wolnego Barnesa, który na 0.2 sekundy przed syreną trafił za trzy ustalając wynik meczu.

Mimo porażki, Philadelphia zagrała świetne spotkanie. Odrobiła 20-punktową stratę przeciwko Mistrzom NBA. Popisała się niezłą skutecznością (45% z gry, 34% za trzy), zbilansowaną grą. Grała zdeterminowana do końca, nie zważając na klasę rywali. Sixers postawili Warriors wysoko poprzeczkę, twardo bronili – wspomnieć tu można zwłaszcza 18 przechwytów (tylko 5 rywali) i wymuszenie na Warriors aż 23 strat (przy zaledwie 10 własnych!). Sixers zablokowali cztery rzuty, ale oglądając mecz miałem wrażenie, że sam Noel miał co najmniej 4 bloki.

Na liście najlepszych strzelców zapisali się Caanan (18 punktów, 4 przechwyty), Smith (16 punktów, 9 asyst, 4 przechwyty), Okafor (13 punktów), Covington (12 punktów, 13 zbiórek, 2 przechwyty), Thompson (11 punktów) oraz Grant i Stauskas (po 10 punktów). Kolejny mecz w środę przeciwko Hawks.