Warriors

Koniec czarów w Philadelphii? Po wygraniu trzech pierwszych spotkań sezonu i wspięcia się z samego dołu na sam szczyt wszystkich rankingów, Sixers “wreszcie” zagrali tak, jak od nich “oczekiwano”. Duża w tym zasługa Andre Iguodali, który w samej tylko pierwszej połowie rzucił 27 punktów ze swoich 32 punktów*, trafiając aż sześć trójek i tym samym sprawiając Sixers prawdopodobnie jedną z największych “przysług” w karierze: sprowadzajac ich na ziemię, czyli na tor porażek.

Tak bardzo jak nam się ostatnio podobała gra Sixers, ich walka i entuzjazm, którego brakowało w ostatnich latach, tak bardzo wiemy, że z takim składem ten zespół nigdzie nie zajdzie. Warriors wczorajszej nocy wszystko to wyłożyli jak na talerzu, robiąc z filadelfijczykami co chcieli i udowadaniając, że przegrywanie to obecnie jedyne wyjście. Co nie znaczy, że Sixers nie powinni dalej dawać z siebie wszystkiego, bo nawet przegrywając, sprawią nam tym radość.

Warriors zmusili rywali do wolniejszej, bardziej ułożonej gry. Ciężko było dostać się do pomalowanego, gdzie w poprzednich meczach Sixers byli najlepszymi w lidze. To im widocznie nie leżało i kończyło się stratami albo wymuszonymi rzutami, często (o wiele za często!) za trzy. Kiedy już przyszła wymiana ciosów w kontrach, słynący z tego Warriors byli o wiele skuteczniejsi (seria 19-0 w pierwszej kwarcie), a Sixers albo gubili się, nie potrafiąc przejść obrony, albo głupio pudłowali. Tym samym mecz był brzydki i bardzo ciężki do oglądania.

Trudno kogokolwiek pochwalić poza Evanem Turnerem (18 punktów, 7 zbiórek, 3 przechwyty), który jako jedyny grał na poziomie NBA, podczas gdy inni byli albo niewidoczni, albo sprawiali wrażenie, jakby brali udział w lidze letniej. Pewnie już zostali pochwaleni przez Sama Hinkie’go…

*Iguodala popisał się też niesamowitym podaniem, ktore z pewnością znajdzie się w TOP 10 sezonu.