Washington

Philadelphia 76ers otworzyła sezon 2020/21 wygraną nad Washington Wizards, którzy po raz dziewiąty z rzędu opuścili Wells Fargo Center pokonani. Nie otrzymaliśmy widowiska najwyższych lotów i na pierwszy rzut oka jest jasne, że przed Sixers jeszcze wiele pracy. Za to mogliśmy oglądać prawdziwy thriller w końcówce i tym bardziej doceniamy, że NBA wróciła na kolejne rozgrywki!

Oba zespoły weszły w mecz niepewnie i asekuracyjnie, jednak to rywale w pewnym momencie dzięki serii 10-0 wyszli na widoczne prowadzenie. Wyjść z tarapatów pomogły rezerwy, które zaprezentowały się lepiej niż wyjściowa piątka Sixers i dzięki trójkom Miltona i Korkmaza ta kwarta należała do nich (30-26). Dodam, że wyjątkowo szybko do gry został wprowadzony Tyrese Maxey, który wprawdzie zaczął od straty, ale w dalszych akcjach prezentował się bardzo dobrze.

Początek drugiej kwarty znowu należał do rezerw Sixers, Milton i Maxey zdeklasowali rywali i w pewnym momencie przewaga nad gośćmi sięgnęła 13 punktów (50-37). Ale to NBA i nie wiedzieć kiedy Wizards pozwolili sobie na serię 18-3. Starterzy gospodarzy zawodzili, a powrót do zawodników rezerwowych już nie zadziałał. Nie wyglądało to najlepiej… Po zmianie połów kibice Sixers oglądali jeszcze większe katusze. Podopieczni Doca Riversa przez blisko sześć minut trzeciej kwarty nie rzucili puntów z gry, pudłując wszystkie 10 rzutów. Niemoc przełamał dopiero Ben Simmons, ale i tak nie udało się uniknąć wrażenia, że może to wciąż zespół Bretta Browna wyszedł na pojedynek z Wizards.

Na szczęście wtedy zdarzyła się czwarta kwarta, w której Joel Embiid sam postanowił wygrać to spotkanie. Center Sixers bezlitośnie ogrywał Lopeza, następnie niemal tak samo łatwo bawił się z Bryantem. Embiid rzucił 13 z pierwszych 17 punktów swojego zespołu i od tego momentu zrobiło się naprawdę interesująco. Reszta kwarty to już pojedynek niemalże kosz za kosz, a ostateczny wynik rozstrzygnął się na 21.7 sekundy przed jej końcem. Wówczas Westbrook i Bryant nie zrozumieli się w obronie, pozostawiając pod koszem wolnego Simmonsa, a przy obwodzie nie pilnowanego Embiida! Podanie Curry’ego do pomalowanego, błyskawiczny wsad Simmonsa i prowadzenie 109-105, z którego Wizards już się nie podnieśli. W ostatniej ćwiartce Sixers rzucili 40 z 55 swoich punktów z drugiej połowy.

Nie widzę sensu oceniania całego zespołu po zaledwie jednym spotkaniu. Jak pisałem na początku – przed Riversem jeszcze wiele pracy, a na zgranie trzeba również poczekać. Indywidualnie cieszy postawa Joela Embiida (29 punktów, 14 zbiórek), który nie tylko jest w formie fizycznej, ale również nie brakuje mu energii i chęci do gry jeden na jednego. Pochwalić trzeba także Shake Miltona (19 punktów, 3 asysty, 3 przechwyty), który z taką grą momentalnie staje się jednym z faworytów do nagrody Rezerwowego Roku. I na koniec oklaski dla Tyrese Maxey’a (6 punktów i 2 asysty w 10 minut – a wydawało się wiele więcej!), który nie tylko jest już gotowy do gry na poziomie NBA, ale także gra dużo pewniej niż debiutant, nie boi się podejmować szybkich decyzji strzeleckich, świetnie widzi parkiet i potrafi punktować na wiele sposobów. Sixers podjęli świetną decyzję w drafcie!

Z kolei nowe nabytki nie zachwyciły (z wyjątkiem bardzo aktywnego Dwighta Howarda – 4 punkty i 10 zbiórek w 13 minut). Najgorszy występ zaliczył z pewnością Tobias Harris (10 punktów – 3/13 z gry), który o tym meczu pewnie chce już zapomnieć. A kolejny dopiero po Świętach – w sobotę Sixers jadą do Nowego Jorku.