Philly Cheesesteak

Upalne lato 1927 roku. Mali George i Steven Easby dokazują w ogrodzie okazałej rezydencji na przedmieściach Filadelfii. Spoglądają na swoje odbicia w wodzie u podstawy fontanny i śmieją się do rozpuku. Ich zabawę przerywa niespodziewanie krzyk Stevena, który nagle zamiast swojego odbicia widzi przerażająca trupią czaszkę. Niedługo potem umiera w wieku 11 lat… .

Baleroy Mansion, “najbardziej nawiedzony dom w Ameryce”, został zbudowany w 1911 roku na Chestnutt Hill w Filadelfii przez lokalnego bogatego stolarza. Po latach pojawiły się pogłoski, że zabił on tam własną żonę. W 1926 32- pokojową posiadłość nabywa prominentna rodzina Easby. Cieszy się ona wielką estymą, odwiedzają ją znani gościa, dom wypełnia się antykami i cennymi przedmiotami. Po śmierci rodziców mieszkał tam tylko sam George i okazjonalnie służba.

Różne paranormalne zjawiska zaczęły mieć miejsce niemal natychmiast po wprowadzeniu się rodziny. Były standardy: dziwne odgłosy, poruszające się przedmioty, mrugające żarówki itp. Jeden z ogrodników przysiągł, że widział ducha małego Stevena, inna osoba zarzekała się, że widziała ducha Thomasa Jeffersona (w domu było kilka należących do niego przedmiotów), ktoś inny widział podjeżdżające pod dom fantomowe samochody… .

Sam George pogodził się z “duchami” i ich obecnością. Twierdził nawet, że duch jego matki pomógł mu odnaleźć schowane w zakamarkach rezydencji cenne przedmioty. Ale do jednego z pokoi to i on nawet w pewnym momencie zakazał komukolwiek wchodzić… .

“Niebieski Pokój” i znajdujące się w nim “Krzesło Śmierci”. Ot zwykły fotel, ponoć należący do samego Napoleona, który rodzina otrzymała kiedyś w prezencie. Ponoć ktokolwiek na nim usiadł umierał niedługo potem. Ponoć potwierdzono cztery takie przypadki. George twierdził, że krzesło zamieszkuje zły duch Amelia, który wysysa życiowe siły z nieszczęśnika… .

George umiera w 2005 roku. Jakiś czas dom można było zwiedzać, a spece badali jego “paranormalność”. Po sprzedaniu na aukcjach wszystkich rzeczy należących do rodziny, dom w 2012 przeszedł w prywatne ręce i dziś jest niedostępny dla postronnych poszukiwaczy mocnych wrażeń. Raz udostępniono go zespołowi The Walkmen w celu nagrania w nim teledysku do piosenki “The Love you love”. Cała ekipa twierdziła, że podczas ich pobytu w domu co chwilę dochodziło do dziwnych zjawisk… .

Baleroy Mansion
Baleroy Mansion (foto: Roxborough Runner / Flickr)

W ostatnim tygodniu, zakończonym przez Sixers bilansem 2-1, jak nawiedzony to grał Joel Embiid. Dalej idzie pewnie po MVP na niebywałej pewności siebie i dominacji. Widzieliście jego metrowe step baki za linie za trzy? W drugiej kwarcie w meczu z Mavs wspólnie z Simmonsem zdominowali parkiet trafiając 8 z 12 rzutów, dunkując, blokując. Generalnie dobrze się bawiąc.

Pod koniec meczu mogli obserwować jak nagle do życia wrócili rezerwowi z Howardem na czele. Myślałem, że to światełko w tunelu, no ale potem duet Sexland z Cavs pokazał nam, że nie. Embiid machnął 42 pkt szkoląc Jaretta Allena (naprawdę świetnego w tym sezonie), a JaaaaaValeee McGee złapał na nim 3 faule w 1 minutę. Simmons zrobił 24 pkt, ale jakby na mniejszej intensywności. Zabrakło Harrisa i automatycznie jego 20.1 PPG. Nikt nie wskoczył w jego buty (Seth 1/13…). Cały ten skład balansuje trochę na cienkiej linie.

Na dziś mamy 22-12 i dalej jedynkę na Wchodzie. Ale Bucks (21-12) i Giannis włączyli drugi bieg i mielą każdego od kilku meczy. Nets (22-13) nagle odnaleźli obronę. Między tą trójką rozegra się pojedynek o pierwsze miejsce niczym z finału westernu “Dobry, zły i brzydki”. Bo zobaczcie co się dzieje od miejsca czwartego w dół. Jaja jak berety. Musimy wykorzystać właśnie ten moment (jeszcze) słabszych i odbijających się Heat, czy Raptors i natrzaskać jak najwięcej W.

No i oczywiście witamy znowu Joela i Bena wśród All – Starów. Co by nie patrzeć, to dwóch na zespół piechotą nie chodzi i dodaje to na plus tego sezonu. Zwłaszcza, że trzeci był bardzo blisko. Także nie osiadamy tyłkiem na żadnym dziwnym krześle i jedziemy dalej!

PS. Liga robi sobie przerwę na All – Star dlatego z kolejnym felietonem widzimy się za 2 tygodnie. Zdrów!