Utah

Liderzy obu konferencji spotkali się w Philadelphii, gdzie Sixers wygrali mecz, który musieli wygrać, aby tej pozycji nie stracić na korzyść Nets. I żeby przy okazji udowodnić, że potrafią wygrać także z najsilniejszymi.

Ostatnie spotkanie tych ekip zakończyło się rekordowym, 42-puntkowym występem Simmonsa, ale zarazem 12 punktową porażką pod nieobecność Embiida i Miltona. Tym razem filadelfijczycy wystąpili w pełnym składzie.

Ale na parkiecie nie było tego widać. Jazz, w przeciwieństwie do Sixers, znakomicie trafiali za trzy (21-8 w całym meczu, ale statystykę Sixers mocno podciągnęła czwarta kwarta), co zapewniło im nieustanne prowadzenie już od czwartej minuty spotkania. Gospodarze byli w stanie utrzymać dystans zaledwie 3-10 punktów tylko dzięki lepszej grze rezerwowych (!) i znacznie mniejszej ilości strat (!!) oraz dzięki punktom z kontr i po wymuszeniu strat na gościach. Ale za każdym razem, gdy się zbliżali do remisu, Jazz odpalali kosmiczne trójki.

Wygrana, wcześniej trudna do uwierzenia, stała się realna dopiero w czwartej kwarcie. Po dwóch minutach gry rezerwami, na tablicy po raz pierwszy od początku spotkania pojawił się remis. W ataku swoje robił Milton, ważne punkty trafił Korkmaz, ale trudno tu nie pochwalić przede wszystkim Dwighta Howarda. Dwie pierwsze minuty tej ćwiartki to layup, trójka (tak, to nie błąd!), przechwyt, rzut wolny i blok w wykonaniu byłego Supermana!

Po powrocie starterów gospodarzy, Jazz ponownie wyszli na 7-puntkwe prowadzenie, ale Sixers szybko się pozbierali. Reszta kwarty to już bardzo wyrównana gra i częste zmiany prowadzenia. Aż do finałowych 2 minut regulaminowego czasu, które można określić mało sportową frazą “cuda na kiju”, bo nic innego nie przychodzi mi tutaj do głowy.

Po pierwsze mieliśmy niezrozumiałe decyzje najwyraźniej niedowidzących sędziów, którzy popełnili kuriozalny błąd na korzyść jednej ze stron, po czym chyba chcieli się zrewanżować popełniając błąd na korzyść drugiej strony i tak w kółko. Nie mówię tu o kontrowersyjnych faulach, ale też sytuacjach, które nie powinny sprawiać problemów, np. błąd połowy, przekroczenie linii czy błąd 24 sekund. Mam jednak wrażenie, że to zawodnicy z Utah nieco bardziej na tym skorzystali.

I po drugie absolutnie genialny Joel Embiid. Tak jak w poprzednich latach można było narzekać na jego kondycję, tak teraz zastanawiające było, skąd on ma tyle energii. Zwłaszcza po kolejnej pierwszej połowie, w której przekroczył 20 punktów. W finałowych dwóch minutach Embiid zdołał poprzestawiać pod koszem Gorberta, zastopować kilka akcji w obronie (wiem, że ma tylko dwa bloki w tabeli, ale ja tam widziałem więcej bloków i wybić piłki) i oczywiście – przechodząc do trzeciego punktu – zdołał przeprowadzić chorą akcję w końcówce.

Nie wiem po co Curry od razu faulował na 23 sekundy przed końcem, zamiast trochę poczekać próbując wybronić akcję. W rezultacie po rzutach wolnych Jazz z punktu straty zrobiły się trzy. Nie wiem też jak była rozrysowana ostatnia akcja przez Doca Riversa, ale wątpię by tak, jak ją przeprowadzono. Czyli…

Niezbyt dobrze pilnowani zawodnicy, Embiid na pograniczu straty, nieco egoistycznie wycofujący się na obwód, pompka w stylu Korkmaza i rzut przez ręce. Reszta patrzy. To nie miało prawa wpaść, zwłaszcza, że to nie jest pozycja Kameruńczyka, który zazwyczaj rzuca na wprost od kosza. Mówiąc sarkastycznie, Brett Brown byłby dumny z takiej końcówki… Ale to jednak wpadło! Trójka Embiid znalazła drogę do kosza, a ja chwytam się za głowę! Tym samym doprowadziła do dogrywki na 5 sekund przed syreną, bo rzut ostatniej szansy Donovana Mitchella został wybroniony. Co ja będę pisał, zobaczcie sami.


W dogrywce kolejne cuda. Jazz stracili głowę oddając trzy głupie, niecelne rzuty za trzy. Sixers zachowali zimną krew, popisali się serią 7-0 w czym duża zasługa Harrisa, dwukrotnie trafiającego spod kosza. Sfrustrowany Mitchell rzucił butelką Gatorade w stronę personelu hali, za co został wyrzucony z boiska. Sixers kontrolowali już resztę spotkania.

MVP meczu (i miejmy nadzieję całego sezonu) to oczywiście Joel Embiid z dorobkiem 40 punktów, 19 zbiórek, 3 asyst, 2 bloków w 39 minut gry! Tobias Harris dodał 22 punkty i 10 zbiórek, a Ben Simmons skromniejsze 17 punktów i 6 asyst oraz tradycyjnie świetną defensywę, której trudno szukać w cyferkach.

Sixers tą cenną wygraną zakończyli pierwszą cześć sezonu. Czeka ich teraz tydzień przerwy w związku z Meczem Gwiazd. To dobry czas, aby pomyśleć nad wzmocnieniami oraz nierówną formą Curry’ego i Korkmaza.

Po powrocie do gry na mecze Sixers w Wells Fargo Center zostanie dopuszczonych nieco ponad 3 tysiące kibiców. To dobra wiadomość, a zła? Sixers mają jeden z najtrudniejszych terminarzy w NBA. Niestety aż 18 z 35 spotkań odbędzie się na wyjeździe, wliczając w to serię 7 kolejnych gier pod koniec marca i dwa mecze wyjazdowe z rzędu przeciwko Bucks w drugiej połowie kwietnia. Pozostaje więc tylko zakończyć… Go Sixers!