Indiana

Sixers odprawili z kwitkiem graczy z Indianapolis we własnej hali i to mimo nieobecności kontuzjowanego Tobiasa Harrisa, którego zastąpił w pierwszej piątce Mike Scott. Kluczem okazał się zbilansowany atak, nie tylko starterów ale także świetnie dysponowanych tej nocy rezerw, połączony z kapitalną grą w defensywie.

To goście weszli lepiej w mecz i dzięki dobrej skuteczności prowadzili nawet 14-7. Sixers jednak obudzili się serią 10-0 (w czym była duża zasługa agresywnie grającego Simmonsa) i od tego czasu do samego końca pierwszej kwarty gra była bardzo wyrównana, a wynik bliski remisu.

Od początku drugiej kwarty Pacers dopadł kryzys. Popełniali głupie straty jedna za drugą (na początku kwarty przekroczyli 10) i przez blisko 4 minuty nie zdobyli kosza z gry. Sixers początkowo nie potrafili tego wykorzystać, pudłując kilka rzutów, ale dwie kolejne trójki Korkmaza (łącznie cztery trafienia zza łuku w tej ćwiartce!) dodały im skrzydeł. W połowie kwarty ich przewaga sięgnęła 19 punktów, by ostatecznie na przerwie na tablicy był wynik 72-55. Warto zwrócić uwagę na świetną grę Miltona, który do przerwy miał na koncie już 15 punktów. Szkoda, że Shake nie gra tak zawsze!

Pacers zaczęli drugą połowę od dwóch trafień i… na tym skończyli. Przez kolejne 5 minut spudłowali 8 rzutów, co tym razem Sixers błyskawicznie wykorzystali serią 17-0, która dała im niemal 30-punktowe prowadzenie! Po trzeciej kwarcie było 105-77 dla gospodarzy i dla wszystkich stało się jasne, że jest już po meczu, którego resztę mogą dograć rezerwy.

Dla wszystkich, poza Pacers, którzy na początku finałowej kwarty skutecznie przystąpili do ostatniego kontrataku, stawiając jednocześnie na obronę na całym parkiecie i podwajanie rywala wyprowadzającego piłkę. Z tym Sixers nie najlepiej sobie radzili. Kiedy goście szybko odrobili straty do 19 punktów wydawało się, że Doc Rivers sięgnie po starterów. Obyło się jednak bez tego, bo w krytycznych momentach trójki potrafili trafić albo Korkmaz, albo Milton. To był ich dzień!

Bohaterami meczu zostali czterej zawodnicy: Milton (26 punktów – 9/14 z gry), Embiid (24 punkty, 13 zbiórek, 5 asyst), Korkmaz (19 punktów – 6/13 za trzy) i Simmons (18 punktów, 6 zbiórek). Dodam, że żaden że starterów nie zagrał więcej niż 27 minut dzięki rewelacyjnej ławce rezerwowych, która rzuciła rekordowe w sezonie 67 punktów.

Oby taką formę filadelfijczycy zaprezentowali także w środę, kiedy staną przed szansą rewanżu za wcześniejsze niepowodzenie z Utah Jazz.