Osiemnasta przegrana z rzędu stała się faktem i tym samym Philadelphia 76ers wyrównała rekord New Jersey Nets na najgorsze otwarcie sezonu w historii ligi. Nie pomogły nawet kolejne eksperymenty Bretta Browna, który pod nieobecność Nerlensa Noela wystawił do wyjściowego składu Canaana, Sampsona, Covingtona, Granta i Okfora.

Pierwsza połowa należała wyraźnie do gospodarzy, ale w drugiej Sixers złapali wiatr w żagle. Po świetnej trzeciej kwarcie (wygrana 36-27!) gra stała się bardzo wyrównana. Czwarta kwarta należała do Sixers, przynajmniej na początku. Widzowie zgromadzeni w FedExForum przecierali oczy ze zdumienia, kiedy ich zespół miotał się bezradnie po boisku, podczas gdy filadelfijczycy dominowali w obronie (dwa z rzędu wymuszenia fauli ofensywnych przez Granta!) i bezlitośnie egzekwowali kolejne rzuty. Doszło do tego, że po niespełna 5 minutach finałowej kwarty Sixers prowadzili aż 5 punktami (76-71). Było to dopiero trzecie prowadzenie Sixers na tym etapie gry w całym sezonie. Niestety na tym ich passa się skończyła: Grizzlies zdobyli się na serię 16-1, podczas gdy ich rywale przez 5 minut nie potrafili zdobyć kosza z gry, zajęli się za to wymyślaniem coraz to bardziej oryginalnych sposobów na tracenie piłki. W końcówce żaden z desperackich rzutów za trzy nie udał się i skończyło się jak zawsze.

Wyróżnili się Isaiah Canaan (16 punktów – 4/12 za trzy), Robert Covington (12 punktów, 7 zbiórek, 7 przechwytów, 4 asysty – ale też 8 strat), Jerami Grant (11 punktów, 7 zbiórek, 3 bloki). Covington w trzech ostatnich spotkaniach przechwycił łącznie aż 21 piłek i ze średnią 3.1 spg jest zdecydowanym liderem w NBA.

Następny mecz we wtorek przeciwko LA Lakers (2-13) i po raz pierwszy w sezonie można się pokusić o stwierdzenie, że tym razem to Sixers będą faworytem.